— Niech mi pani daruje — rzekł po chwili ksiądz, wyłaniając z fularu twarz nabiegłą krwią. — Wiem, że pani jest zbyt dobrą katoliczką, pani hrabino, aby pani nie miała rychło zrozumieć i podzielić mego wzruszenia.

Hrabina nie cierpiała roztkliwiań; schroniła swoją poprawność za face-à-main120. Ksiądz opanował się natychmiast i przysuwając nieco fotel, mówił dalej:

— Trzeba było, pani hrabino, uroczystego zapewnienia kardynała, aby mnie skłonić do tej wizyty; tak, zapewnienia z jego ust, że wiara pani nie jest ową wiarą ludzi światowych, prostym płaszczykiem obojętności...

— Przejdźmy do faktów, księże kanoniku.

— Kardynał zapewnił mnie tedy, że mogę pokładać pełne zaufanie w pani dyskrecji, dyskrecji spowiednika, śmiem powiedzieć...

— Ależ, księże kanoniku, niech mi pan daruje jedno pytanie: jeżeli chodzi o tajemnicę, którą kardynał zna, o tajemnicę takiej wagi, czemu nie zwierzył mi jej sam?

Sam uśmiech księdza mógł uprzytomnić hrabinie niedorzeczność jej pytania.

— List! Ależ, pani hrabino, w naszej epoce poczta otwiera wszystkie listy kardynałów.

— Mógł panu powierzyć ten list.

— Tak, pani, ale czy można wiedzieć, co się stanie z papierem? Jesteśmy tak dozorowani! Więcej jeszcze: kardynał woli nie wiedzieć o tym, co ja zamierzam pani powiedzieć, woli być poza nawiasem... Och, pani! W ostatniej chwili odwaga opuszcza mnie i nie wiem doprawdy, czy...