— Księże kanoniku, ksiądz mnie nie zna, nie mogę tedy czuć się obrażoną, że ksiądz nie ma do mnie więcej zaufania — rzekła łagodnie hrabina, odwracając głowę i opuszczając face-à-main. — Mam najgłębszą cześć dla tajemnic, jakie mi ktoś powierza. Bóg widzi, czym kiedy zdradziła bodaj najdrobniejszą. Ale nigdy nie zdarzyło mi się dopraszać zwierzeń...

Hrabina uczyniła lekki ruch, jakby chcąc wstać; ksiądz wyciągnął ku niej rękę.

— Wybaczy mi pani! — rzekł. — Raczy pani zważyć, że pani hrabina jest pierwszą kobietą, pierwszą, rzekłem, uznaną za godną przez tych, którzy powierzyli mi swoją straszliwą misję... uznaną za godną, aby przyjąć i zachować w duszy ten sekret. I przeraża mnie, wyznaję, to, iż czuję, że ta wiadomość jest bardzo ciężka, bardzo kłopotliwa dla inteligencji kobiecej.

— Świat ma wiele złudzeń co do niedostatków kobiecej inteligencji — rzekła hrabina oschle. Po czym, założywszy ręce, ukryła swoją ciekawość pod obojętną, zrezygnowaną i jakby nieco ekstatyczną miną, jaką uznała za najwłaściwszą dla przyjęcia ważnej tajemnicy Kościoła.

Ksiądz przysunął znów krzesełko.

Ale tajemnica, którą ksiądz Salus gotował się powierzyć hrabinie, wydaje mi się dziś jeszcze zbyt nieoczekiwana, zbyt osobliwa, abym ją śmiał tu przytoczyć bez obszerniejszych wyjaśnień.

Jest powieść i jest historia. Wytrawni krytycy określili powieść jako historię, która mogła się była dziać, a historię jako powieść, która się działa. Trzeba w istocie uznać, że sztuka powieściopisarza często zdobywa wiarę, tak jak fakt często jej urąga. Są sceptycy, którzy przeczą faktowi, z chwilą gdy odskakuje od przeciętności. Nie dla nich piszę.

Czy przedstawiciel Boga na ziemi mógłby być porwany ze świętego stolca121 i przez intrygę Kwirynału122 skradziony niejako całemu chrześcijaństwu, to problem wielce drażliwy, którego nie ośmielę się poruszać123. Ale faktem historycznym jest, że pod koniec roku 1893 obiegały takie pogłoski; pewne jest, że wstrząsnęły one wiele pobożnych dusz. Parę dzienników pisało o tym nieśmiało: nakazano im milczenie. Ukazała się w Saint-Malo broszura124 w tym przedmiocie: skonfiskowano ją. Bo też o ile masonerii nie zależało na tym, aby się rozeszła wieść o tak strasznej zbrodni, o tyle partia katolicka nie śmiała przyciskać pedału ani też nie miała ochoty pokrywać nadzwyczajnych składek, które natychmiast zorganizowano z tego powodu. To pewna, iż sporo pobożnych dusz upuściło sobie krwi (sumy zebrane lub strwonione z tej okazji szacują blisko na pół miliona), ale pozostaje wątpliwe, czy wszyscy ci, którzy gromadzili owe fundusze, to byli ludzie naprawdę pobożni; może byli to wręcz hultaje. Bądź co bądź, aby przeprowadzić z powodzeniem taką kwestę, trzeba było — w braku przekonań religijnych — zuchwalstwa, zręczności, taktu, wymowy, znajomości ludzi i faktów, zdrowia wreszcie, które to przymioty mogło posiadać jedynie paru chwatów takich jak Protos, eks-kolega Lafcadia. Uprzedzam lojalnie czytelnika: to on zjawił się dzisiaj pod postacią i fałszywym nazwiskiem kanonika Virmontal.

Hrabina, zdecydowana nie otworzyć już ust, nie zmieniać postawy ani nawet wyrazu twarzy przed zupełnym wyczerpaniem sekretu, słuchała niewzruszenie rzekomego księdza, którego pewność siebie stopniowo rosła. Wstał i chodził wielkimi krokami. Dla lepszego przygotowania ujmował sprawę, jeżeli niezupełnie u jej początków (czyż zasadniczy konflikt między Lożą a Kościołem nie istniał zawsze?), to przynajmniej wracał do pewnych faktów, w których ujawniły się kroki wojenne. Przypomniał najpierw hrabinie dwa listy skierowane przez papieża w grudniu roku 1892, jeden do ludu rzymskiego, drugi w szczególności do biskupów, przestrzegające katolików przed akcją wolnomularzy; następnie, ponieważ pamięć była słabą stroną hrabiny, musiał sięgnąć bardziej wstecz, przypomnieć wzniesienie pomnika Giordana Bruno125, dokonane pod egidą Crispiego126, poza którym kryła się dotąd Loża. Mówił, że Crispi, oburzony tym, iż papież odepchnął jego awanse, odmówił traktowania z nim (a pod traktowaniem trzeba rozumieć ugodę, poddanie się!). Odmalował ów tragiczny dzień: oba obozy zajmują pozycję, wolnomularze zdejmują wreszcie maskę. Podczas gdy ciało dyplomatyczne akredytowane przy Stolicy Apostolskiej udaje się do Watykanu, manifestując tym aktem wzgardę dla Crispiego, a cześć dla obrażonego Ojca Świętego — Loża, z rozwiniętymi sztandarami, na placu Campo dei Fiori, gdzie się wznosiło wyzywające bożyszcze, oklaskuje sławnego bluźniercę.

— Na konsystorzu127, który nastąpił niedługo potem, 30 czerwca roku 1889 — ciągnął ksiądz (wciąż stojąc, opierał się obecnie rękami o stoliczek, pochylony ku hrabinie) — Leon XIII dał wyraz gwałtownemu oburzeniu128. Protest jego słyszała cała kula ziemska; chrześcijaństwo zadrżało, kiedy mówił o możliwości opuszczenia Rzymu! Rzekłem: opuszczenia Rzymu!... Wszystko to, pani hrabino, pani już wie, cierpiała pani nad tym i pamięta to pani równie dobrze jak ja.