— Co pani rzec więcej, pani hrabino? Jan Salwator myślał, że jest jeńcem Kościoła, wówczas gdy był jeńcem masonów. Zgadza się dziś pracować nad uwolnieniem naszego Świętego Ojca jedynie o tyle, o ile mu się da równocześnie możność ucieczki; może zaś uciec jedynie bardzo daleko, do kraju, skąd wydanie nie jest możliwe. Żąda dwustu tysięcy franków.
Na te słowa Walentyna de Saint-Prix, która od paru chwil chyliła się wstecz i opuszczała ramiona, odrzuciła głowę, wydała słaby jęk i straciła przytomność. Kanonik rzucił się ku niej.
— Niech się pani uspokoi, pani hrabino — rozcierał jej ręce. — Pal sześć! — przytykał jej flakon z solami do nosa. — Na tych dwieście tysięcy franków mamy już sto czterdzieści. — I kiedy hrabina otworzyła jedno oko, dodał: — Księżna de Lectoure subskrybowała tylko pięćdziesiąt tysięcy; pozostaje do wpłacenia sześćdziesiąt.
— Będziecie je mieli — szepnęła prawie niedosłyszalnym głosem hrabina.
— Hrabino, Kościół nie wątpił o tobie.
Wstał, bardzo poważny, prawie uroczysty, odczekał chwilę, po czym rzekł:
— Hrabino de Saint-Prix, mam do twego szlachetnego słowa najpełniejsze zaufanie; ale niech pani pomyśli o niewysłowionych trudnościach, z jakimi może być połączone doręczenie tej sumy inaczej niż z ręki do ręki, z twojej ręki, hrabino, do mojej. Jesteśmy śledzeni. Moja obecność tutaj może wywołać komentarze. Czy jesteśmy kiedykolwiek pewni służby? Pomyśl pani o kandydaturze hrabiego de Baraglioul! Nie trzeba, abym tu zjawił się jeszcze.
I kiedy po tych słowach stał wryty w podłogę, nie mówiąc słowa i nie ruszając się, hrabina zrozumiała.
— Ależ, księże kanoniku, rozumie przecież ksiądz, że ja nie mam przy sobie tak ogromnej sumy. A nawet...
Ksiądz niecierpliwił się lekko; nie śmiała tedy dodać, że trzeba jej będzie zapewne jakiegoś czasu, aby zgromadzić sumę (miała bowiem nadzieję, że nie wyłoży jej sama jedna). Szepnęła: