I z osmuconą wzgardą, szlachetnym gestem odsunął od siebie hrabinę.
— Nie, pani hrabino, nie, nie wezmę tych banknotów. Wezmę je tylko razem z resztą. Ludzie cali pragną całości. Kiedy mi pani będzie mogła wręczyć całą sumę?
— Ile czasu ojciec mi zostawia?... Tydzień?... — pytała hrabina, która zamierzała zrobić zbiórkę.
— Hrabino de Saint-Prix, czyżby się Kościół omylił? Tydzień! Powiem tylko jedno słowo: papież czeka.
Po czym, wznosząc ręce do nieba:
— Jak to, pani masz to olbrzymie szczęście, aby trzymać w rękach oswobodzenie, i ociągasz się! Lękaj się, hrabino, lękaj się, aby Pan w dniu twego oswobodzenia nie kazał również czekać i męczyć się twojej opieszałej duszy u wrót Raju!
Stawał się groźny, straszliwy; po czym nagle przytknął do ust krucyfiks wiszący u różańca i zatonął w szybkiej modlitwie.
— Choć tyle czasu, abym napisała do Paryża? — jęknęła zrozpaczona hrabina.
— Telegrafuj pani! Niech twój bankier przeleje sześćdziesiąt tysięcy franków do Crédit Foncier136 w Paryżu, skąd zatelefonują do Crédit Foncier w Pau, aby pani bezzwłocznie przekazano tę sumę. To drobiazg.
— Mam pieniądze na rachunku w Pau — rzekła nieśmiało.