— U bankiera?
— Właśnie w Crédit Foncier.
Wówczas ksiądz oburzył się do reszty.
— Och, pani, czemuż trzeba pani tej okrężnej drogi, aby mi to powiedzieć? Czy to jest owa gorliwość, jaką pani okazujesz? Co powiedziałaby pani teraz, gdybym odrzucił jej udział?
Potem, chodząc po pokoju, z rękami założonymi w tył i jak gdyby niechętnie usposobiony do wszystkiego, co ona mu powie:
— To jest coś więcej niż opieszałość (tu mlasnął lekko językiem, jakby na wyrażenie swego wstrętu), to prawie dwulicowość.
— Księże kanoniku, błagam pana...
Przez kilka chwil kanonik wciąż chodził ze zmarszczonymi brwiami, nieugięty. Aż wreszcie:
— Zna pani, wiem o tym, księdza Boudin, z którym jem dziś właśnie śniadanie (wyjął zegarek)... i któremu daję czekać na siebie. Niech pani wystawi czek na jego nazwisko, on podejmie dla mnie sześćdziesiąt tysięcy, które będzie mógł mi natychmiast wręczyć. Kiedy go pani zobaczy, niech mu pani tylko powie, że to było „na kaplicę ekspiacyjną137”; to człowiek dyskretny, zna życie i nie będzie pytał o więcej. No i co, na co pani jeszcze czeka?
Hrabina, w tej chwili wpółleżąca na kanapie, podniosła się, zawlokła do sekretarzyka, wyjęła podłużny karnet w oliwkowej oprawie i wypełniła kartkę wysokim, spiczastym pismem.