Największą radością dziecka było herboryzować141 z ojcem na wsi; często jednak maniak, ulegając swej zgryźliwej naturze, zostawiał ją, puszczał się sam na olbrzymi spacer, wracał zmęczony i natychmiast po obiedzie pakował się do łóżka, nie darząc córki jałmużną jednego uśmiechu lub słowa. W godzinach natchnienia grał na flecie, powtarzając niezmęczenie te same melodie. Przez resztę czasu rysował drobiazgowe portrety kwiatów.
Stara służąca imieniem Rezeda, która się zajmowała kuchnią i gospodarstwem, czuwała nad dzieckiem; nauczyła je nawet tych niewielu rzeczy, które sama umiała. Przy tym trybie Arnika zaledwie umiała czytać, mając dziesięć lat. W końcu życzliwe dusze zwróciły na nią uwagę Filiberta: Arnika poszła na pensję do wdowy Semène, która wszczepiała „początki” tuzinowi dziewcząt i kilku bardzo młodym chłopcom.
Arnika Péterat, ufna i bezbronna, nie wyobrażała sobie do tego dnia, że jej imię może kogo śmieszyć. W dniu swego wstąpienia na pensję zyskała nagłe objawienie swojej śmieszności; fala drwin przygięła ją niby mdły wodorost: czerwieniła się, bladła, płakała: a pani Sèmene, karząc od jednego zamachu całą klasę za niewłaściwe zachowanie się, zdołała w ten sposób niezręcznie zmienić w zawziętość wybryk zrazu niewinny.
Długa, galaretowata, niedokrewna, tępa, Arnika siedziała w klasie ze zwieszonymi ramionami; a kiedy pani Semène wskazała: „Trzecia ławka po lewej, panno Péterat” — klasa na przekór upomnieniom wybuchała na nowo śmiechem.
Biedna Arnika! Życie ukazywało się jej jako posępna aleja obsadzona konceptami142 i drwinkami. Szczęściem, pani Semène nie została nieczuła na jej niedole, i niebawem dziewczynka mogła znaleźć schronienie na łonie wdowy.
Arnika wolała raczej dłużej zostawać na pensji po lekcjach niż wracać do pustego domu, gdzie rzadko zastawała ojca; pani Semène miała córkę o siedem lat starszą od Arniki, trochę garbatą, ale miłą; w nadziei złapania dla niej męża pani Semène przyjmowała gości w niedzielę wieczorem, a nawet urządzała dwa razy na rok podwieczorki z recytacjami i skakanką; przychodziły tam, przez wdzięczność, niektóre dawne uczennice w towarzystwie rodziców oraz, z braku czegoś lepszego, paru młodych ludzi bez majątku i bez przyszłości. Arnika brała udział we wszystkich tych zebraniach; kwiat bez blasku, aż nadto dyskretny, który mimo to nie miał zostać niezauważony.
Kiedy w czternastym roku Arnika straciła ojca, pani Semène przygarnęła sierotę, którą siostry jej, znacznie od Arniki starsze, odwiedzały raczej rzadko. Jednakże w czasie jednej z tych krótkich wizyt Margeryta spotkała pierwszy raz tego, który w dwa lata później miał zostać jej mężem: Julius de Baraglioul, wówczas liczący dwadzieścia osiem lat, bawił na wsi u swego dziadka, Roberta de Baraglioul, który, jak rzekliśmy wprzódy, osiedlił się w okolicach Pau niedługo po aneksji Księstwa Parmy przez Francję.
Świetne małżeństwo Margeryty (zresztą panny Péterat nie były bez majątku) zwiększało w olśnionych oczach Arniki dystans do siostry; przeczuwała, że nigdy żaden hrabia, żaden Julius, nie zechce pochylony nad nią oddychać jej zapachem. Zazdrościła siostrze, że zdołała się pozbyć tego niewdzięcznego nazwiska: Péterat. Imię „Margeryta” wydawało się jej urocze. Jakże ładnie brzmiało z owym „de Baraglioul”! Niestety, przy jakim nazwisku imię Arniki przestałoby być śmieszne?
Zmrożona pozytywną stroną życia, dusza jej, niedorozwinięta i obolała, próbowała poezji. Szesnastolatka nosiła po obu stronach wyblakłej twarzy owe spadające pukle, które nazywano repentirs, a błękitne jej, marzące oczy dziwiły się w sąsiedztwie czarnych włosów. Głos jej, pozbawiony dźwięku, nie miał nic szorstkiego; czytała wiersze i siliła się je pisać. Uważała za poetyczne wszystko, co wyrywało ją z życia.
Na wieczorynkach pani Semène bywało dwóch młodych ludzi związanych od dziecka tkliwą przyjaźnią. Jeden, niezręczny, choć niewysoki, nie tyle chudy, ile zapadnięty, z włosami bardziej wyblakłymi niż jasnymi, z hardym nosem, nieśmiałym spojrzeniem — to był Amedeusz Fleurissoire. Drugi, tłusty i krępy, o twardych ciemnych włosach i niskim czole, miał przez osobliwe przyzwyczajenie głowę stale przekrzywioną na lewo, usta otwarte, a prawą rękę wysuniętą naprzód. Oto obraz Gastona Blafaphas. Ojciec Amedeusza był kamieniarzem, dostawcą cmentarnych pomników i żałobnych wieńców. Gaston był synem zamożnego aptekarza.