Prawdę rzekłszy, nie skłaniała się ku żadnemu z nich; interesowała się nimi jedynie dlatego, że oni interesowali się nią, gdy ona wyrzekła się już nadziei w tej mierze. Przez sześć tygodni, coraz bardziej niezdecydowana, upajała się hołdami swoich symetrycznych zalotników. I podczas gdy oni, w swoich nocnych przechadzkach odmierzając wzajem swoje postępy, opowiadali sobie obszernie i bez tajemnic najdrobniejsze słówka, spojrzenia, uśmiechy, jakimi obdarzyła ich Ona, Arnika, samotna w swoim pokoju, pisała na karteczkach, które paliła potem starannie w płomieniu świecy, powtarzając niestrudzenie: „Arnika Blafaphas?... Arnika Fleurissoire?”, niezdolna uczynić wyboru między okropnością tych dwóch nazwisk.

Potem nagle, podczas jednego baliku, wybrała Fleurissoire’a; czyż Amedeusz nie nazwał jej Arniką, akcentując przedostatnią zgłoskę w sposób, który brzmiał jej z włoska? Czynił to zresztą nieświadomie, porwany zapewne pianinem panny Semène, które napełniało w tej chwili rytmem atmosferę; ale imię „Arnika”, jej własne imię, objawiło się jej przez chwilę bogate w nieoczekiwaną melodię, zdolne wyrażać poezję, miłość... Byli oboje sami w buduarku obok salonu, i tak blisko siebie, że kiedy, omdlewając, Arnika skłoniła ciężką od wdzięczności głowę, czoło jej dotknęło ramienia Amedeusza, który — bardzo poważny — ujął wówczas rękę Arniki i ucałował końce jej palców.

Skoro po powrocie Amedeusz oznajmił swoje szczęście przyjacielowi, Gaston wbrew swemu zwyczajowi nie rzekł nic; ale kiedy przechodzili koło latarni, Amedeuszowi zdawało się, że płacze. Mimo całej swojej naiwności, czyż mógł doprawdy przypuszczać, że przyjaciel podzieli aż do tego ostatniego punktu jego szczęście? Zakłopotany, zmartwiony, wziął Blafaphasa w ramiona (ulica była pusta) i przysiągł mu, że mimo ogromu jego miłości przyjaźń jego jest o wiele większa jeszcze; że nie chce, aby przez to małżeństwo przyjaźń ta poniosła jakikolwiek uszczerbek, i że raczej niżby miał narazić Blafaphasa na męki zazdrości, gotów jest przyrzec mu na swoje szczęście, iż nigdy nie skorzysta ze swoich praw małżeńskich.

Ani Blafaphas, ani Fleurissoire nie odznaczali się zbyt bujnym temperamentem: mimo to Gaston, którego własna męskość absorbowała nieco więcej, umilkł i pozwolił Amedeuszowi złożyć ślubowanie.

W niedługi czas po ślubie Amedeusza Gaston, który szukał pociechy w pracy, odkrył karton plastyczny. Pierwszym rezultatem wynalazku, który zrazu zdawał się bez znaczenia, było to, że ożywił osłabłą nieco przyjaźń Lévichona dla Blafafuzoriów. Eudoksjusz Lévichon odgadł natychmiast korzyść, jaką przemysł religijny mógłby wyciągnąć z nowego materiału, który, z niepospolitym wyczuciem koniunktury, ochrzcił od razu: karton rzymski145. Stworzono firmę: „Blafaphas, Fleurissoire i Lévichon”.

Interes puszczono w ruch z kapitałem sześćdziesięciu tysięcy franków, z których Blafafuzorie subskrybowali skromnie we dwóch dziesięć tysięcy. Lévichon pokrył wspaniałomyślnie pozostałe pięćdziesiąt tysięcy, nie chcąc, aby dwaj przyjaciele mieli się zbytnio obciążać. Prawda, że z tych pięćdziesięciu czterdzieści tysięcy pożyczył Fleurissoire, który je podjął z posagu Arniki: płatne w ciągu dziesięciu lat z procentem składanym cztery i pół, co było więcej, niż Arnika spodziewała się kiedykolwiek, i ubezpieczało mająteczek Amedeusza od ryzyka, na jakie ten interes niechybnie był wystawiony. Z drugiej strony Blafafuzorie przynosili kapitał swoich stosunków oraz stosunków państwa Baraglioul, to znaczy, skoro tylko karton rzymski wykaże swoją wartość, poparcie wielu wpływowych członków kleru; ci (poza paroma znacznymi zamówieniami) skłonili wiele drobnych parafii, aby się zwracały do firmy F. B. L. dla pokrycia rosnących potrzeb wiernych, ile że doskonalący się smak artystyczny żądał tworów wyborniejszych niż te, które wystarczały dotąd surowej wierze przodków. W związku z tym kilku artystów o talencie uznanym przez Kościół, wciągniętych do współpracy w kartonie rzymskim, uzyskało wreszcie to, że ich dzieła zyskały aprobatę jury Salonu146. Zostawiając w Pau Blafafuzoriów, Lévichon osiedlił się w Paryżu, gdzie dzięki jego stosunkom firma zyskała niebawem znaczne obroty.

Że hrabina Walentyna de Saint-Prix starała się przez Arnikę zainteresować firmę Blafaphas i Ska w tajemnej sprawie oswobodzenia papieża, cóż może być naturalniejszego, jak również, że wiara w pobożność państwa Fleurissoire dawała jej nadzieję, iż odzyska część swojego wkładu. Nieszczęściem, Blafafuzorie, wobec nieznacznej kwoty włożonej przez nich w początki przedsiębiorstwa, mieli bardzo mały udział w zysku: dwie dwunaste z dochodów ujawnionych, a zgoła nic z innych, o czym hrabina nie wiedziała, ile że Arnika, zarówno jak Amedeusz, byli nader wstydliwi w sprawach pieniężnych.

III

— Droga pani! Co się stało? Pani list przeraził mnie.

Hrabina osunęła się na fotel, który jej podsunęła Arnika.