I podczas gdy Arnika się krzątała, interesowne oko hrabiny badało salon. Panowała tam rozpaczliwa mierność. Zielone rypsowe147 krzesła, wiśniowy aksamitny fotel, drugi fotel, na którym siedziała, obity pospolitą materią dywanową, mahoniowy stół i konsolka, przed kominkiem dywanik z wełnianej sznelki148, na kominku, po dwóch stronach alabastrowego zegara pod kloszem, dwa wielkie wazony z ażurowego alabastru, także pod kloszem; na stole album z rodzinnymi fotografiami, na konsoli posążek Matki Boskiej z Lourdes (karton rzymski, mniejszy model) — wszystko to zniechęcało hrabinę, która czuła, że serce jej omdlewa.

Ale ostatecznie może to było tylko rzekome ubóstwo, skąpstwo...

Arnika wracała z imbrykiem, cukrem i filiżanką na tacy.

— Sprawiam pani wiele kłopotu.

— Och, proszę pani!... Tylko wolałam się tym zająć przedtem, bo potem nie miałabym już siły.

— A więc dobrze! — zaczęła hrabina, skoro Arnika usiadła. — Papież...

— Nie! Niech mi pani nie mówi! Niech mi pani nie mówi! — rzekła równocześnie pani Fleurissoire, wyciągając rękę przed siebie; po czym, wydając słaby krzyk, osunęła się wstecz z zamkniętymi oczami.

— Moja droga przyjaciółko! Moja droga, biedna przyjaciółko! — mówiła hrabina, klepiąc ją po rękach. — Wiedziałam, że ten sekret będzie ponad twoje siły.

W końcu Arnika otworzyła jedno oko i szepnęła smutno:

— Nie żyje?