— Wiedziałam, wiedziałam, że ty mi nie uwierzysz.
— Ale pozwól, dziecko... — odparł Amedeusz, zdejmując zarzutkę, bez której rzadko wychodził z obawy zmian temperatury. — Pomyśl tylko. Toż gdyby ktoś podniósł rękę na Ojca Świętego, wszyscy wiedzieliby o tym. Czytałoby się o tym w dziennikach... I któż by go mógł uwięzić?
— Walentyna powiada, że Loża.
Amedeusz spojrzał na Arnikę, myśląc, że oszalała. Jednak rzekł:
— Loża!... Co za Loża?
— Ależ skądże ty chcesz, żebym ja wiedziała? Walentyna przyrzekła nie mówić o tym.
— Kto jej to wszystko naopowiadał?
— Zabroniła mi mówić... Kanonik, który przyszedł do niej na zlecenie jakiegoś, kardynała, z jego biletem...
Arnika nie rozumiała się na sprawach publicznych, toteż z tego, co jej opowiedziała pani de Saint-Prix, zachowała jedynie mętny obraz. Słowa „jeniec”, „uwięzienie” rodziły w jej oczach obrazy mgliste i na wpół romantyczne; słowo „krucjata” działało jej na wyobraźnię, i kiedy Amedeusz, poruszony wreszcie, wspomniał o tym, aby jechać, ujrzała go natychmiast w zbroi i w hełmie, konno...
On chodził teraz wielkimi krokami po pokoju, mówiąc: