— Po pierwsze, nie mamy pieniędzy... I czy ty myślisz, że mnie by to wystarczyło: dać pieniądze? Myślisz, iż przez to, żebym się wyzuł z paru banknotów, mógłbym żyć spokojnie?... Ależ, drogie dziecko, jeżeli to, co mi mówisz, jest prawdą, to jest rzecz straszna, która nie pozwala nam trwać w spokoju. Straszna, rozumiesz?
— Tak, czuję to, straszna... Ale przecież... wytłumacz mi trochę... czemu?
— Och, jeżeli teraz mam ci to tłumaczyć!... — Amedeusz, z czołem w pocie, podniósł rozpaczliwie ręce.
— Nie, nie — odparł — nie pieniądze trzeba dać tutaj, ale samego siebie. Poradzę się Blafaphasa; zobaczymy, co on mi powie.
— Walentyna kazała mi przyrzec, że nie powiem o tym nikomu — wtrąciła nieśmiało Arnika.
— Blafaphas to nie jest „ktoś”: zalecimy mu zresztą, aby to zachował tylko dla siebie, absolutnie.
— W jaki sposób chcesz jechać tak, żeby nikt nie wiedział?
— Będą wiedzieli, że jadę, ale nie będą wiedzieli dokąd.
Następnie, obracając się do żony, patetycznym tonem błagał: — Arniko, moja ukochana... pozwól mi jechać.
Szlochała. Teraz ona żądała rady Blafaphasa. Amedeusz miał iść po niego, kiedy przyjaciel zjawił się sam z siebie, zapukawszy wedle zwyczaju najpierw do okna w salonie.