Wprowadzono go do nędznego mieszkania trzypokojowego — jeżeli można liczyć za pokój ciemny stryszek, na którym Weronika sama przyrządzała jakieś jarzyny, ich zwykłą potrawę. Szpetny metalowy reflektor odbijał skąpe światło wnikające z podwórka. Julius, zatrzymując w ręce kapelusz, który wahał się położyć na wątpliwej ceracie przykrywającej owalny stół, i stojąc przez wstręt do wygniecionej kanapy, chwycił za ramię Antyma i wykrzyknął:

— Nie możesz przecie tutaj zostać, mój drogi!

— Czemu mnie żałujesz? — rzekł Antym.

Słysząc głosy, nadbiegła Weronika.

— Czy uwierzyłbyś, drogi szwagrze, że on na nic innego nie umie się zdobyć wobec psich figlów i szelmostw, jakich padliśmy ofiarą.

— Kto wam kazał jechać do Mediolanu?

— Ojciec Anzelm; tak czy owak nie mogliśmy zatrzymać naszego mieszkania w Rzymie.

— Na co nam ono było? — rzekł Antym.

— Nie o to chodzi. Ojciec Anzelm przyrzekł ci kompensatę. Czy dowiedział się o waszej nędzy?

— Udaje, że o niej nie wie — rzekła Weronika.