Patrzał dziadek na miasto we mgle.
Ono ciemniało pod oparem, jak grzęzawisko o wieczorze.
Nad nami katedralne mury z białego ciosu, sczerniali święci, szczyty z miedzi — na nich dzwony, na grubych belkach zawieszone.
Na wałach rzędy starych armat, które już nigdy nie wystrzelą.
Spiżowy posąg bohatera czapką się kłania dawnym duchom i młodzież wzywa, aby szła zbawiać i wyzwalać, burzyć i wznosić, wypełniać misje, cuda działać.
Słowami huczy góra stara, a wokół opar, grzęzawisko miasta i świata — i tam, w dole, zgubiony chłopiec — wnuk i ojciec — przez towarzyszy porzucony, błąka się jeszcze czy zabity?
I rzeka płynie wokół miasta.
Mój biedny dziadek umarł w maju — miesiącu poświęconym Pannie.
— Umarł — krzyknąłem tego dnia, biorąc gazetę jak co rano, aby mu przy śniadaniu czytać wieści ze świata, z kraju oraz miasta.