— Żyje? — wykrzyknął nagle dziadek-ojciec, nadzieją i rozpaczą tknięty. — Powiedzcie: żyje czy w niewolę wzięty jak wtedy? Mówcie zaraz!

Powstali, zatrzasnęli teczki i kapelusze wzięli w ręce:

— Ten fakt przemilczeć też musimy. Dla dobra śledztwa. To już wszystko.


Więc żyje Bolko, syn dziadkowy, o którym poli­cjanci mówią, że moim ojcem był prawdziwym?

Więc trzeba było tyle lat czekać i szukać, płakać nocą, by taki szary, grzeczny pan zerwał zasłonę ta­jemnicy i dał mi życie po raz drugi... Tajny policjant z buntownikiem, rewolta ożeniona z prawem, światło państwowe z mrokiem spisku, orzeł i reszka, kolor biały z kolorem krwawym połączone — pokój z po­żogą?

Ten związek wytłumaczyć może podwójną skłon­ność, której pastwą mój biedny umysł często pada, sprzyjając jednocześnie siłom porządku oraz ciemnym, spod ziemi wyszłym elementom, które dynamit pod­sadzają pod mój dom własny. Mundur lubię i łach­man na włóczędze śpiącym w przydrożnym rowie smacznie, gdy szosą wojska maszerują. Jestem za Świętą Hermandadą i za Cyganem, który łupi kup­ców wiozących drogie sukna. I kupcem jestem: wszak mój dziadek ma firmę, którą odziedziczę. Więc Biały jestem i Czerwony, zwycięzców kocham i pobitych, zaborcą jestem i powstańcem, żołdakiem regularnej armii i gerylasem, który czoło skrwawioną chustą prze­wiązuje.

Dwoisty, z sercem podzielonym, dwom naraz spra­wom zawsze służę, a żadnej z nich za własną nie mam — miłości nie mam — związków z życiem ser­decznych, trwałych, instynktowych. Podrzutek je­stem i sierota, nieprawy dziedzic, pogrobowiec.

Duch mój wolny — lata nad światem — formy szuka — gniazda, koliska, w które go przyjmą duchy inne, jak ja bezdomne i spragnione.