— Kto, wielki Boże? — zapytały ciotki, rozlewając kawę i mleko.
— Dziadek — odrzekłem, patrząc w portret na pierwszej stronie, w czarnej ramce, i przeczytałem wieść żałobną podaną w czterech krótkich słowach:
— Serce Marszałka bić przestało.
Nasz dziadek rożki w kawie maczał i wąsem ruszał bez wzruszenia, patrząc przed siebie, jakby wcale tego, com czytał, nie usłyszał. A na portrecie głowa jego w śmiertelnej nędzy: podbródek ostro w górę podał, usta zacisnął i powieki — mocno, jakby na rozkaz z góry, jakby udawał przed kimś sen.
„Udaje — pomyślałem — jak ja, kiedy nie mogę w nocy spać”.
— Udaje — powiedziałem głośno, nie wiedząc wcale, że to mówię.
— Biedne dziecko — rzekły ciotki — nie rozumie, co to śmierć.
— Czytaj — mruknął na to dziadek, który nieprzerwanie jadł i żuł.
— Odszedł na wieki — przeczytałem — ten, co ducha...
— Jak?