— Laskę.

— Po co?

— Płaszcz, melonik.

— Co chcesz zrobić, co? Na Boga!

— Nie! Cylinder, żakiet, krawat — wszystko, com miał na paradę... Dubiel kare niech zaprzęga, a dziecko ubrać mi na czarno. Pojedziemy.

— Dokąd?

— Do władz. Do magistratu, ofiarować po raz osta­tni me usługi. Ja go powiozę! Moje konie!

— Ależ ojciec! Usiądź i pomyśl. Fantazją próżną poniesiony narobisz głupstw. To państwowa sprawa.

— Wszystkich woziłem, których myśli, on — jak tu piszą — w czyny wcielił. On z ducha — piszą — wódz i król, więc mnie ten pogrzeb przysługuje z ra­cji najwyższej, bo duchowej.

Wrzasnęły ciotki przerażone, a on w natchnieniu dalej gadał, wciągając prążkowane spodnie, koszulę z plisą i kołnierzyk z rożkami w górę zagiętymi.