— Ta co ja winien?

— Stajnie u mnie, panie, pełne.

— Może posuną się koniki?

— Nie posuną się moje, panie, konie, bo je zamówił rząd dla Wodza.

— Jakiego wodza?

— Naczelnego.

— Dziadka znaczy — zdumiony z lekka rzekł oficer.

— Ano dziadka — huknął dziadek. — Furmanów muszę wysztyftować, konie wyczesać, wyrychtować po­wozy i karety, a pan mi tu kasarnię45 na łeb chcesz tego...

— Ta nie krzycz pan. Chłopaki, mówię, śpią w kul­bakach. To co ja zrobię? Taż to noc...

W wielkim gniewie ścisnąłem fałd kotary, która mnie kryła. Znów jak przed laty o głowę syna, dziadek walczył z Wodzem, przeciw wojsku, które odganiał z swego domu. Z zeszytu Bolka powstał naraz obrazek jeden kolorowy, który oglądałem zawsze z płaczem: dworek biały w cieniu zielonych lip — na ganku stoi siwy starzec w żółtym kontuszu i żupanie, w ramio­nach trzyma dziewczę złote w białej sukience... Starzec płacze, przy nosie trzyma fular w kratę i ręką dziecku ukazuje żołnierzy, którzy nadciągają zwartą kolumną, bijąc w bębny. Wysokie czaka jak kominy, kity białe, na piersiach pasy skrzyżowane; kołnierze u nich malinowe i rabaty, nad nimi malinowy sztandar z białym orłem. A pod obrazkiem napis ta­ki: „Patrzaj, Basiu, mówi stary, łkając w głos, patrzaj, mówi, jak tam nasi w tarabany...”. On ich wita, bo ich kocha, on im swój otworzy dom i odda syna, ko­nie, izby w domu, stajnie, gumna, on — ten starzec na obrazku — jest z historią za pan brat i o nim śpie­wa lud piosenkę. Taką mi wizję wuj przekazał w po­cztówce, taki wzór historycznych wzruszeń nosiłem w sercu, o takim przebudzeniu śniłem w mej samot­ności i w sieroctwie. I oto wszystko się powtarza: jest dom i starzec, wojsko, dziecko, i amaranty, orły, konie, lecz wszystko dzieje się na opak, coś się rozprzęgło i popsuło, starzec wygania precz ułanów, a rotmistrz go o nocleg żebrze. Gryzłem kotarę w złości niemej i znowu me sieroctwo czułem, sieroctwo w dziejach i w kulturze — dziedzic nieprawy, pogrobowiec, zgu­biony w snach, w symbolach, znakach — w snach, co się nigdy nie sprawdzają, w symbolach pustych, w martwych znakach. Gdybym mógł działać, rozka­zywać i świat urządzać wedle marzeń, uczyniłbym na powrót jedność pojedynczego indywiduum i zbioro­wości, co je rodzi, domu i kraju, rodzinnych przygód i historii; uczyniłbym świat jak obraz w kolorach zło­ta i purpury albo poemat roztętniony rytmem jak woj­ska krok miarowym. A tu słuchać muszę tej mowy gnuśnej, niepewnej racji własnych, leniwej, sennej...