— Mówiłeś, że się woda cofnie.

— To potem. Najsampierw będzie się gotować, a od tej gorącości50 wielkiej zrobią się nad światem chmury i deszcz z nich spadnie, który lać będzie nieprzerwanie przez niedziel sześć51.

— No, dobrze, idź se już.

— Dziadku — krzyknąłem — niech dokończy.

— Ale, mówiła — podjął dziad — nie wszystko jeszcze utracone. Jeszcze was wiara może uratować.

— Ja tam wierzący jestem i cały mój dom — nie­pewnie rzekł właściciel końskiej remizy.

— Wiara, powiedziała, we mnie, w matuchnę wa­szą i w to, że tobie się zjawiłam. Niech uwierzą, mówi, że spośród wszystkich ludzi świata, ciebie wy­brałam na mojej łaski pośrednika. Chociażeś biedny dziad krakowski, chociażeś pijus jest i drań.

— „Drań” powiedziała? — krzyknął dziadek.

— Powiedz im, niechaj tu w tym miejscu — ze wzrastającą mocą mówił bzik — gdzie stoję teraz, figurę moją ufundują i niech co wieczór tu się zbiorą modlitwę mówić, której ty ich nauczysz wedle tego, co tobie teraz nakazuję. „Panno najłaskawsza, mają mówić — pisz pan czym prędzej, bo zapomnę — krzyknął, a dziadek chwycił pióro — coś się zjawiła biednemu włóczędze w miejscu, skąd zwykle woda tryska, spraw, niech to miejsce będzie odtąd źródłem miłości oraz przebaczenia dla wszystkich, którzy w to uwierzą. Przez Chrystusa Pana naszego amen”. I znik­nęła, i chór zaśpiewał Witaj Królowo.

— Hm — mruknął dziadek, laską kręcąc, aż cienko zapiszczała guma. — A gdzie masz dowód?