— Pan jest pewien?
— Czego? — warknął i, słyszę, sapie już z wściekłością, i laskę chwyta.
— Że — przepraszamy za natręctwo w sprawie bolesnej, osobistej — czy pan jest pewien, spytać chcemy, że chłopiec zginął?
— Panie — huknął ułana ojciec — ja... szukałem, szukam — nie! — ja czekam, ja — swoje na ten temat wiem!
— Co mianowicie?
— Że on żyje — nie żyje: jest! Chociaż nie mówi, nie oddycha, nikt go nie widzi, chociaż mu nie przybywa lat — jest gdzieś przecie, dopóki ja sam, ojciec, jestem. Dopóki czekam, tęsknię, wierzę. — Umilkł, a potem:
— Odejdźcie sobie — rzekł i dodał: — Nie dla was są te moje sprawy.
— O, pan się myli — odparł raźno jeden z agentów — dla nich właśnie tu przychodzimy...
— Mam wiadomość — dorzucił na to drugi pan (trzeci zaś „mamy!” wtrącił cicho) — tak jest, mamy wiadomość, czyli wiemy ponad wątpliwość wszelką, że żyje pański syn naprawdę, że go widziano.
— I że działa...