z kieszeniami pełnymi forsy i wonnych chusteczek

na wszelki wypadek. I wchodzisz w wieczór

jak w strzelistą aleję, w ciemności powietrze

gęstnieje od widm: ich głosy pulsują

niby rechot żab, wysoki hymn komarów.

Życie na Korei1

Może już czas powołać się na szczęście,

może nie przyprą cię do muru, może nie staniesz

oniemiały z ustami spiętymi wstydem gęsto

tłumacząc się z anachronizmu. Tylko pomyśl: