Jedli do syta, bo kobita przywiozła przed samym sądem sześć kiełbas i dwa wielkie, podsuszone syry. Młodziak zajadał, jakby go głodzili od roku. Kiełza był temu rad i jedzenia nie żałował.

— A gdzież są wasze rzeczy? Czemu za wami nie przynieśli?

— Ja nie mam rzeczy. Ja nie burżuj albo socjalista, żeby za sobą kuferki wozić.

— A któż wy jesteście?

— Ja? Człowiek jestem! Jużem wam to mówił.

— Każdy jest człowiek.

— Oho!

— A za co siedzicie? Za co waszych powiesili?

— Za to, żeśmy chcieli prawdy. To grunt. A tamci poszli na stryk za zabicie i rabunek kupca Żyda na szosie, za zabójstwo dwu oficerów i za zabranie pieniędzy z monopolu. To wszystko, co się wydało. A mnie nic nie „dokazali”, a towarzysze powiedzieli, że mnie nie znają. Udawałem też trochę wariata.

— To oficerów też zabija wasza partia?