— Ja się nie boję, ale jeżeli ci to nie sprawi różnicy, to rozmawiajmy tak, jak teraz; proszę cię, siadaj, a ja zostanę tutaj.

Głos wychodził z drugiego pokoju przez przymknięte drzwi.

— Głupiś, ja nie mam żadnej broni, wracam prosto z X-go pawilonu, dzisiaj mnie puścili.

— No, to tak gadaj! Jak się masz — cieszę się, że cię nie powiesili.

Na progu ukazał się młody człowiek, ubrany z elegancją podlejszego gatunku, czarny, nieduży, z czarnymi baczkami. Spojrzenie miał wesołe i rozumne. Podali sobie ręce, ale w lewej gospodarz trzymał brauning dużego kalibru.

— No, gadaj, na kiedy mi oddasz pieniądze? Zaraz trzeba mi pięćdziesiąt rubli, resztę za miesiąc, bo wyjeżdżam.

— Pewnie do Ameryki? Dobrze, za miesiąc będziesz miał, ale dzisiaj — mogę tylko pięć. No, dobrze, dobrze! Dam ci już te pięćdziesiąt — dodał szybko, zobaczywszy spojrzenie Gryziaka. — A więc zgoda! Opowiadaj.

— Dawaj — zaraz!

Czarny naliczył mu dziesięć sztuk złotych, które Gryziak schował do pustej portmonetki.

— A za miesiąc — reszta!