— Tak. W tym samym domu. Franciszkańska.

— Do widzenia! Za miesiąc żeby flota była!

— No, żebyś aby ty się stawił. Pilnuj się, chłopcze, teraz już ciężko, nie te czasy.

— Mnie będzie zawsze lekko...

Gdy wychodził, zobaczył na schodach młodego, jasnowłosego człowieka, dźwigającego z trudem dwa kosze. Zaczekał, żeby się wyminąć. Nieznajomy patrzał na niego dobrym, otwartym spojrzeniem i uśmiechał się poczciwie.

— Miłosti prosim51, Iwan Arkadiewicz — witał go Czarny. — Jak to dobrze, żeście zdążyli. Pewnoście głodni z drogi, jak zawsze? A ja mam właśnie fajną polską kiełbasę. „Wypjem i zakusim”.52 Do widzenia, drogi chłopcze — zwrócił się do Gryziaka po polsku, a gdy nowy gość wchodził już we drzwi ze swymi koszykami, Czarny mrugnął na Gryziaka i po łobuzowsku zerknął za wchodzącym „towarzyszem”, jakby chciał powiedzieć: „masz go, głupiego”.

Gryziak zapuścił się w ulicę Franciszkańską i w jednej z kolosalnych kamienic, gdzieś głęboko w tajemniczych podwórzach, wyszukał swojego starego dostawcę. Wybrał sobie sztukę odpowiednią, założył magazyn i poszedł w stronę miasta. Gdy przechodził przez ogród Krasińskich, stanęło mu przed oczami dobroduszne spojrzenie „towarzysza”, dźwigającego kosze z bibułą po schodach. Uśmiechnął się i zawrócił.

Kiedy zastukał do drzwi przyjaciela, ten otworzył mu z gębą pełną kiełbasy, był zarumieniony i ożywiony, znać było, że jest już po paru kieliszkach. Czarny zrobił minę zdziwioną i niezadowoloną. W tę zdziwioną minę Gryziak wypalił mu raz i drugi i spokojnie zeszedł ze schodów. Był zadowolony.

— Dobrze bije, ostrzelana sztuka — myślał, zakładając broń za spodnie na brzuchu i zapiął szczelnie kurtkę. Przeszedł przez podwórze, wyszedł na ulicę i utonął w tłumie.

Tu spostrzegł dopiero, że jest naprawdę na wolności. Owiało go tłumne życie ludzkie, zgiełk uliczny, łoskot dorożek i wozów odurzał go i napawał szczęściem. Chciało mu się śpiewać, śmiać i dużo gadać.