Ale nie miał z kim.
I po raz pierwszy pożałował dopiero swoich towarzyszy. Dopiero teraz obejrzał się, że ich nie ma. Odurzyły go wrażenia ostatnich dni. Przedwczoraj o świcie wyprowadzili ich. Poszli z fantazją, wesoło i z papierosem w zębach na tę śmierć. Poszli i już ich nigdy nie zobaczy. Takich już nie będzie miał nigdy — takich dwu już się nie trafi...
Było ich trzech, ale stanowili jakby jednego człowieka. Każdy z nich miał w sobie coś bardzo potrzebnego dla kompanii. „Owca” był siłacz i umiał gadać z chłopami i Żydami, „Frajerek” umiał grać rolę inteligenta i znał dobrze życie partyjne, on też potrafił nosić eleganckie ubranie i znaleźć się w burżujskim towarzystwie, jak równy. Był wyszczekany, przystojny i mógł mieć zupełnie przyzwoite utrzymanie z samych składek na cele rewolucyjne, na wybory, na samoobronę, na narodową demokrację, na Macierz, na budowę nowych kościołów. Wszystko robił swojego czasu, a jednak nie sfilistrzał i zawsze dążył do prawdy. Kiedy się zeszli we trzech przy jakiejś okazji, od razu przyrośli do siebie, jakby na siebie przez całe życie czekali. Dobre było to ich wspólne pożycie, choć trwało niecały rok.
Lubił kiedyś Gryziak nade wszystko swoją samotność i to, że nikogo na świecie nie potrzebuje. Ale poznawszy raz, co to prawdziwa przyjaźń, już zawsze będzie tęsknił do swojego człowieka. To jest źle — mówił sobie — to nierozumnie, ale nie mógł opanować nagłej tęsknoty. To, co odczuwał, dziwiło go i męczyło, bo nigdy nic podobnego nie doświadczał.
Napadła go gwałtowna złość do wszystkich ludzi, a zwłaszcza do tych, przez których zginęli tamci dwaj. Zapragnął zemsty, ale w kogo bić? W tych sędziów wojennych, których nazwiska znał, których pamiętał twarze i bez trudu mógł wynaleźć? Równie dobrze mógł się mścić na tych sołdatach czy katach, co ich powiesili. Równie dobrze można było pojechać i podpalić, jeżeli się już odbudowało, to żydowskie miasteczko i pogrążyć Żydów, przez których wszyscy wpadli...
Chodziło koło niego dużo Żydów, przechadzały się patrole z policją, napotykali się oficerowie, urzędnicy w czapkach z gwiazdkami — ot, wybrać sobie coś z tego i dać folgę zemście za krzywdę towarzyszów! Ale równie dobrze miał rację strzelić przez okno do kupca w sklepie, do bogatego pana, rozpartego w powozie, do tej nędzarki, co sprzedaje ciastka na ulicy i która gotowa na wszystko, żeby tylko wyprzedać co dzień swój towar, do tego głupiego furmana, który ćwiczy bez litości konia, obciążonego ponad siły...
Wszyscy byli winni, wszystko było winne zguby dwu dobrych towarzyszy. Albo wszyscy są winni, albo nikt nie jest winien — cały świat sztamą ze sobą trzyma przeciwko prawdzie. Opasały Gryziaka zewsząd: ludzka krzywda i piekielna złość świata. Wszystko, na co spojrzał, było mu nienawistne. Każdy obcy człowiek był gotów zgubić go w każdej chwili i z czystym sumieniem: czy ten policjant, czy ten przechodzący pan, czy ten robotnik-socjalista, któremu też zawadza w tych jego planach na urządzenie świata. Tylko policjant zabierze go do cyrkułu, a stamtąd wyprawi na sąd, obcy pan doniesie na niego i będzie się radował, że zbrodniarz będzie ukarany, a robotnik-socjalista strzeli mu po prostu w łeb, jak temu psu wściekłemu, z którym jest tylko kłopot w tej ich socjalistycznej rewolucji. Samo zło, wszędzie zło...
Stanęła mu w pamięci, jakby przed samymi oczami, jedna chwila z dawniejszego życia.
...Stał na olbrzymim moście, wiszącym wysoko nad odnogą morską i nad kolosalnym miastem. W jedną stronę szedł ocean, zamykający się gdzieś wysoką linią horyzontu — w drugą ciągnęły się bez granic domy, kominy fabryczne, dachy — jedną, nieprzerwaną jak morze, zwartą masą, z której to tu, to tam wyrastały aż pod niebo poczwarne kadłuby trzydziestopiętrowych kamienic.
Zbliżał się wieczór — ocean z zielonego stał się szary, a miasto zaczynało już tonąć w dymach i mgłach. Tu i owdzie zapalały się światła, znacząc niezmierzone odległości w tym zbiorowisku ludzkich siedzib. Pod nogami przepaść, a na samym dole snują się okręty z kolorowymi latarniami, krążą małe, zwinne parowczyki, tkwią ciężko w wodzie kolosalne budowle pakiebotów transatlantyckich, które zwożą z całego świata nędzę ludzką do tej Ameryki, gdzie jest wolność, grunt za darmo i wielkie zarobki. Tłumy roją się na wybrzeżu portowym. Dymią lokomotywy i windy, zieją dymem i parą olbrzymie statki.