W jednej chwili zapaliły się w dole nieskończone sznury świateł elektrycznych na wybrzeżach, na tamach.

Zabłysły białym światłem oszklone hale, składy, biura... Nad czarnym miastem stała już ponura, ciemno-purpurowa łuna. Bieliły się martwym połyskiem niezliczone okna domów-wież i panowały w górze, patrząc bezczelnie i okrutnie na świat, spoczywający u ich stóp. Roje wielkich napisów z ognia, stojących na dachach, kolosalnymi literami obwieszczały światu panowanie pieniądza i obnażały bezwstydnie swoją przemoc i żądze zysku.

W ciszy i zgrozie stał przed nim okropny obraz świata. I pojął samotny, opuszczony chłopak swoje nieprawdopodobne koleje i wszystkie swoje niezliczone krzywdy. Ogarnął i wchłonął w siebie raz na zawsze utajony, prawdziwy sens świata. Jak gdyby ktoś roztworzył przed nim wielką księgę, gdzie wielkimi literami, w prostych i dla każdego zrozumiałych słowach wypisana była zabójcza prawda życia i spraw ludzkich.

Nad tą rozwartą, żyjącą księgą stał głodny i sponiewierany chłopak, bez grosza w kieszeni, bez domu i jednej duszy znajomej wśród tych milionów zajętych sobą ludzi. W ciszy i zgrozie stał przed nim obnażony i okrutny świat i nie mogły się od niego oderwać zdumione oczy. Było wszystko jak niewiarygodny jakiś sen. Ten obraz wytrawiał się w mózgu i utrwalał się raz na zawsze. Nigdy o nim nie zapomni człowiek, który go raz ujrzał. Zawsze i na wszystko będzie patrzył przez ten obraz, jak przez malowaną szybę. Przeinaczy się w nim i spotwornieje pojęcie złego i dobrego i każde ludzkie uczucie, i każde ludzkie pragnienie, utraci swoją wartość życie, i nic nie będzie znaczyła śmierć...

Pamiętał, że w jakiejś chwili spostrzegł, że drga pod nim ziemia. Przypomniał sobie, że stoi na moście, że z tego mostu patrzy, że on żyje, że żyją obok niego ludzie. I w jednej chwili ogarnął go ogłuszający łoskot życia. Turkot wozów, ryki samochodów, przeraźliwe sygnały parowozów i statków, zgrzytanie wind i wieloraki, głuchy i nie milknący gwar ludzki: gorączkowe rozmowy, krzyki, śmiechy, jęki, nawoływania, westchnienia, rozkazy, przekleństwa...

— To tak? A więc to tak?

Tak zdumiewa się zawsze człowiek, który w jakiejś godzinie życia odgadnie w otaczającym go codziennym dniu jego prawdziwą tajemnicę i pozna tę jedyną — swoją prawdę...

Tę chwilę wspomniał sobie Gryziak i przypomniał sobie wszystko, co było potem, aż do chwili, kiedy o świtaniu obudził się i ujrzał w celi sołdatów. Kpinkowali towarzysze, ale zbierali się szybko. Chcieli mu jeszcze coś powiedzieć, i on chciał powiedzieć, ale tak jakoś im zeszło. Zapalili papierosy, wsadzili czapki na bakier i poszli.

Niech no by go kto teraz potrącił na ulicy, niechby mu kto powiedział co niemiłego... Niech no by go spytał o paszport ten przechodzący patrol...

Z dziką żądzą czekał na jakąś zaczepkę, na byle powód. Ale wszystko zajęte było sobą. Spojrzał na niego raz i drugi strażnik i obejrzał się na żołnierzy. Spojrzał jeszcze raz, ale Gryziak odpowiedział mu takim spojrzeniem, że policjant odwrócił się do niego plecami i zaczął tarmosić jakąś Żydówkę, która rozsiadła się na chodniku ze swoim kramem.