Nie wiadomo po co wlazł w jakieś podwórze i przystanął. Wychudzony pies z oblazłą sierścią wspinał się do zamkniętego śmietnika i na próżno starał się podważyć pokrywę. Rozglądał się niespokojnie nabiegłymi krwią oczami i szturmował zawzięcie.
Każde cierpienie ludzkie byłoby mu teraz przyjemne, ale nie mógł znieść tej psiej nędzy. Ułamał kawałek kiełbasy, którą wciąż nosił pod pachą w papierze i rzucił psu. Potem rzucił po raz drugi, trzeci, aż do końca. Pies połykał, nie gryząc. Wreszcie chłopak wyrwał się ze swego zamyślenia i poszedł dalej. Nic mu się nie chciało, ale siłą woli zmuszał się do jakichś planów. Trzeba było coś robić.
Spostrzegł, że jest obdarty i że zwraca na siebie uwagę. Poszedł więc na Wałówkę i wybrał sobie przyzwoity używany garnitur, paltot, długie buty, na miejscu się przebrał, a stare swoje rzeczy sprzedał hurtem za dwa złote. Na Wałówce spostrzegł, że jego pies idzie za nim i czeka przed każdym sklepem, jak na swojego pana. To mu się niezmiernie spodobało i pogłaskał psa.
Przebrawszy się, poszedł przejść się po Warszawie. Nie miał jednak w głowie żadnych chęci ani planów. Pies szedł za nim wciąż.
Gryziak czuł się zupełnie wykolejonym. Miał wrażenie, jak gdyby mu zabrakło powietrza do oddychania. Nie wiedział zupełnie, co ze sobą począć. Przystawał przed sklepami i szedł dalej, zbaczał w rozmaite ulice bez żadnego celu i wracał. Pies wlókł się za nim krok w krok. Tak błądzili po mieście ze dwie godziny.
Wciąż była koło niego pustka. Nigdy nie doznawał nic podobnego. Gdzie się podziała zawzięta, nienasycona ochota do życia, która paliła się w nim zawsze i wszędzie i pchała do przygód, do niebezpieczeństwa? Urwała się namiętna ciekawość, która kazała mu mierzyć świat wzdłuż i w poprzek, poznawać mnóstwo dziwnych ludzi, zaglądać w oblicze śmierci i na tysiąc sposobów próbować swojej tężyzny. Nie chciało mu się nic — dusiła go nuda. Kazał sobie myśleć: za trzy dni muszę wyjechać, trzeba się obejrzeć za pieniędzmi. Ale wiedział, że nie ruszy palcem. Myślał — muszę jechać, a nie chciało mu się zupełnie wyjeżdżać. — Po co jadę? — pytał. — A po co zostanę?
Ogarnęło go dziwnie jasne i świadome przeczucie jakiejś nieogarnionej nicości.
— To musi być tak samo, jak człowiek już nie żyje. To przyjemne...
— A po co ja mam żyć?!
Ta szybka myśl zdusiła go w na wpół bolesnym, na wpół rozkosznym dreszczu. Powtórzyła się niezapomniana, straszliwie rozkoszna chwila, którą miał już raz w życiu. Kiedyś, dawno, jeszcze w Ameryce, kiedy to po raz pierwszy odważył się zamordować człowieka.