— Ano — ano...
Gryziak nigdy nie namyślał się długo. Bez namysłu mordował ludzi, bez namysłu trwonił zrabowane pieniądze, bez namysłu puszczał się tylekroć razy na najryzykowniejsze kawały. Zawsze był gotów, bo całe jego życie składało się z chwil i zachceń.
Już wydobył broń zza pasa, kiedy zdjął go nagły wstyd.
Nie wiadomo skąd wziął się teraz ten wstyd, kiedy znikło już wszystko. Podziała się i złość ku ludziom, i żądza krwi i prawdy, i wiara w naprawę świata, i pamięć o kolejach życia, i wszelkie pragnienia. Pozostał jeno ów kawalerski ambit, jedyny punkt honoru straconego człowieka.
— Nie, Gryziak, nie po burżujsku!
Pogłaskał jeszcze psa, który patrzył mu w oczy rozumnie i poważnie, jak gdyby już wiedział o wszystkim.
— Chodź, piesku, choć zobaczyć, jak po raz ostatni spaceruje po świecie Gryziak, wolny człowiek, którego towarzysze nazywali „ten, co gryzie”!
Przystanął na rogu Bielańskiej i czekał: spodobał mu się jeden elegancki pan, który jechał dorożką na gumach ze wspaniałymi walizkami z żółtej skóry. Jechał z dworca, rozparty wygodnie, z pysznym pudlem na kolanach. Gryziak zmierzył i strzelił — nie trafił. Poprawił jeszcze raz, ale elegancki pan, obejrzawszy się na huk wystrzału, zobaczył, że celują do niego i instynktownie przypadł głową do kolan.
Naokoło uczyniła się pustka. Ludzie wpadali do bram i uciekali na wszystkie strony.
Gryziak już widział patrol — czterech żołnierzy, biegnących z policjantami. Wyszedł na środek ulicy i wziął się pod boki. — Ruki wwierch! — krzyknął pierwszy policjant, gruby, szpakowaty chłop, mierząc w niego z rewolweru, i w tejże chwili padł twarzą do ziemi. Gryziak strzelił jeszcze raz — trafił w żołnierza, który upuścił karabin, ale ustał na nogach. Reszta żołnierzy, jak na komendę, przypadła na jedno kolano i zaczęła się strzelanina.