Oprócz „bandyty” padł jeszcze na miejscu Lejzor Skała, dorożkarz, „ojciec siedmiorga dzieci, zamieszkały przy ulicy Nowolipie 63”, oraz została ciężko ranioną Felicja Ćwikler, „kapitalistka z Jędrzejowa, która zaledwie przed półgodziną przybyła do Warszawy, którą odwiedzała po raz pierwszy w życiu i wyszła była z Hotelu Polskiego, gdzie się zatrzymała w celu obejrzenia miasta”. Tak zapisały ten wypadek pisma wieczorne.

O osobie Gryziaka dodano, że był to jeden z najbardziej niebezpiecznych bandytów, że („jak nas zapewniają”) jeszcze niedawno odgrywał on wybitną rolę w jednej z partii skrajnych, która ponosi zatem całkowitą odpowiedzialność itd., itd.

Elegancki pan, do którego strzelano na Bielańskiej, był to zamożny obywatel z Lubelskiego, który w jednym z dzienników wieczornych stał się ofiarą terroru strajkowego, w co sam uwierzył, zważywszy, że miał on nieostrożność wezwać pomocy wojska podczas strajku rolnego na wiosnę. Przybył do Warszawy w celu spokojnego spędzenia tygodnia przy niejakiej M-lle Andouillette, której wynajmował mieszkanko przy ulicy Szopena, ale po nocy, spędzonej bezsennie, nie wychyliwszy nosa z hotelu, w zamkniętej karecie pojechał na poranny pociąg i uciekł przed zemstą rewolucjonistów aż za granicę, gdzie sądzonym mu było spędzić długie miesiące.


Mniejsza jednak o to, albowiem nasze opowiadanie i tak już od dawna zagubiło swój wątek. Była to bowiem jeno puszka z lanego żelaza, z pokrywą wkręcaną na śrubie... Nic więcej...

Jak odszukać ten drobny przedmiot na szerokim świecie? Jak tu do niego wrócić przez gęstwinę ludzi i wypadków?

W owych czasach w wirze rozkołysanego życia ginęły rzeczy nierównie większe i znikały bez śladu. Ginęła wiara, ginęły nadzieje...

Na próżno szukali ich wszędzie zapalczywi ludzie, na próżno wmawiali w siebie i w drugich, że wszystko idzie, jak szło, że nic się nie zmieniło, że „fala wzbiera”, że nie dalej jak jutro mogą zajść wypadki, które zrealizują i podsumują ostatecznie wszystko, co zostało dokonane przez siły rewolucyjne...

Co dzień od paru lat chwiał się carat, codziennie od paru lat leciał z niego gruz na głowy szturmujących tłumów, ale runąć jakoś nie chciał. Tedy jaki taki wziął i odstąpił. Inny powiedział sobie: poczekam, popatrzę. Jeszcze inny plunął i zaklął: „oszukano mnie”! Inny powiedział sobie filozoficznie: „klapa”. Jedni mówili, że za dużo było strajków, inni, że jeszcze, niestety, za mało. Jedni mówili, że za mało było bomb i brauningów, inni, że, niestety, za dużo. Jedni wołali: „dość ofiar”, inni wzywali w tym samym czasie: „unurzajmy się we krwi”!

A na morze ludowe zeszła godzina odpływu. Próżne były wysiłki ludzi mocnych. Odchodziło morze od brzegu, poniechało zajadłej swojej pracy, wracało do dawnej granicy.