Kiedyś powróci — znowu o swojej godzinie, w nowym jakimś pokoleniu.

Tymczasem było coraz gorzej. Podupadły na siłach potężne partie — zdziesiątkowane były masy przez potworne aresztowania, zabrakło bohaterów, bo wygarnęła ich śmierć. Dusili się ludzie z ciasnoty po wszystkich więzieniach — coraz przestronniej robiło się na robotniczych wiecach.Co tydzień odchodziły tysiączne etapy na katorgę, na Syberię, na dalekie zesłanie — a nie rodzili się na poczekaniu gotowi bojownicy. Pleniła się jeno, jak robactwo na trupie, zdrada i odstępstwo. Wyginęła pierwsza linia, wyczerpywały się rezerwy... Ot i już. Co dzień było gorzej.

I co dzień było lepiej.

Wracał po trosze spokój i wszystko, co dawne, za czym już wytęskniła się dusza. Odetchnął ten przemysłowiec, i ten kupiec, i ten majsterek. Uchyliły się po bankach ciężkie wrotnie skarbców ogniotrwałych. Pokazała się między ludźmi ostrożna gotówka i zaczął ją żreć całym pyskiem wyposzczony szwindelek. Ustalał się kredyt, zaczęło powracać do Warszawy „towarzystwo” i ożył handel przedmiotami zbytku, który jest sprawdzianem kultury. Raz i drugi raz pokazał się na ulicy sam generał-gubernator. Zajaśniały znowu światłem od frontu ulic okna burdelów. Zapowiadał się nareszcie prawdziwy karnawał ku uciesze szwaczek i panien na wydaniu.

I, jak Noe po dniach potopu, wyjrzał z okienka publicysta spod ciemnej gwiazdy i badał pogodę, czy już można „jechać na całego”? Czy już można „po naszemu”?

O tej to godzinie dziejowej stary nędzarz, Symcha Habergryc, pracował w swojej norze. Pracował tak od małego dziecka i zegar dziejowy mógł sobie wygrywać najrozmaitsze kuranty, a on siedział zawsze w swojej norze i zawsze jednakowo pracował od świtu do nocy i zawsze jednakowo był spokojny. Była wojna — to była. Zaczęła się rewolucja — niech i tak będzie. Niczym nie groziła staremu wojna. Nic mu nie mogła ani zaszkodzić, ani dopomóc rewolucja. Raz tylko w strajki zabrakło mu chleba, którym się przeważnie żywił. Raz tylko wpadł aż do jego nory jakiś człowiek, wrzeszczący i wystraszony, a za nim paru innych, z rewolwerami. Wywlekli go na podwórze, co wszystko Symcha widział ze swojej suteryny. Nie wzruszyło go to ani zabolało, że jakieś paskudniki zabiły drugiego paskudnika. Rewolucję robiły paskudniki, a uśmierzały ją również paskudniki. Były paskudniki polskie, żydowskie i ruskie. Uwijało się to po świecie, gdzie byli również bogaci panowie, czyste ulice, zielone drzewa, rzeki i morza, i ta Ameryka, gdzie bez śladu utonęli jego dorosły syn i córka.

A był i drugi świat — on, Symcha Habergryc, jego warsztat i tapczan. Tu przychodzili dobrzy ludzie, co mieli podarte buty — zachodzili do niego, też dobrego człowieka, a on im te buty łatał. O los swój Symcha był spokojny, bo wszystkiego mogło zabraknąć, ale nigdy dziurawych butów. Klientów swoich znał, ale z nimi nie gadał, bo nie miał o czym. Oni do niego też nic nie mówili, bo stary był głuchy.

Któregoś dnia zdarzyło się podczas roboty, że spod podeszwy naprawianego kamasza wyleciał sprasowany i wybrudzony zwitek papieru. Rozwinął Symcha, papier był zapisany, ale po polsku. Odłożył go tedy, a po załataniu kamasza włożył tam papierek i wziął się do innej roboty. Kiedy swojego czasu przyszedł kundman53, powiedział mu o tym. Był to nieznajomy, mizerny chłopczyna o gorączkowo błyszczących oczach. Papier wziął, zapłacił i poszedł. Po drodze oglądał go na wszystkie strony i jedynie, co zrozumiał, były to trzy litery PPS, które wówczas rozumieli jeszcze wszyscy. To mu dało cośkolwiek do myślenia i papierka nie porzucił.

Po niemałych staraniach wynalazł nareszcie człowieka, godnego zaufania i umiejącego czytać po polsku. Było to aż na Granicznej, na tyłach olbrzymiego składu hurtownego. Tam w ekspedycji, między pakami, w zgiełku pracy, z daleka zobaczył swego kuzyna Ajzyka i cierpliwie czekał, aż dzienna praca będzie skończona. Ekspedytor latał z papierami, sprawdzał napisy na pakach, krzyczał na tragarzy i na furmanów, wpadał do swojej oszklonej budki i pisał, wypadał i znowu krzyczał, nareszcie władowano ostatnie paki i chłopak zbliżył się i grzecznie pozdrowił kuzyna.

— Czego chcesz? Znowu po pieniądze? Nic nie dam. Już roztrwoniliście całe trzy ruble, które wam dałem przed dwoma miesiącami? Wynoś się!