Weszycki w ciągu trzech dni widywał się z rozmaitymi ludźmi, idąc za nicią, daną mu przez wuja. Ale towarzysze ze związków zawodowych wyrażali się o partiach z tak intensywną goryczą, że ani mowy nie było o jakiejkolwiek pomocy z ich strony. Maglarka z ulicy Piwnej, której syn i mąż siedzieli od dawna, była opryskliwa i, na grzeczną propozycję wskazania kogo z ludzi partyjnych, odpowiedziała: „Idź pan do Ratusza, to znajdziesz ich wszystkich, albo jak pan wolisz, to idź do Ochrany, tam służy też sporo waszych. Te cię najprędzej doprowadzą”. Kiedy zaś ją bardzo prosił, nie zważając ną żadne miny, odpowiedziała mu dobrotliwie:
— Widzę, żeście człek głupi, jeżeli wam się o tej porze tak śpieszy do partii. Ale ja i nad takim litość mam i do waszej zguby ręki nie przyłożę, choćby przez uwagę na waszego wuja, którego znam od dwudziestu lat.
Stosunki wuja były niewyczerpane. Ale Żyd kupiec, z którym wuj prowadził interesy, miał drogę tylko do żydowskich partii. Wędliniarz z przeciwka jeszcze wczoraj wiedział, jak się dostać do lewicy i to do samego komitetu warszawskiego, ale cóż robić, kiedy wczoraj wzięli na ulicy tego jego faceta. A bez niego wędliniarz wiedział tyleż, co i jego kiełbasy. Służąca z tej samej kamienicy, gdzie był sklep, miała narzeczonego we frakcji rewolucyjnej, ale traf zrządził, że w tym czasie nastąpiło zerwanie, i dziewczyna, zalana łzami, spowiadała się w sklepiku przed swoim starym powiernikiem, że jej chłopiec na pewno teraz zginie z rozpaczy przez „ten jej głupi upór”, że teraz „pójdzie na całego” i już nie wróci, bo zabrał maszynę, która była u niej na przechowaniu.
Trudno szło. Ale wuj się już zawziął, zapomniawszy o wszystkich swoich obawach. Wuj był ambitny i wstyd mu było, że mu się nie udaje. Teraz zaczął się starać, jakby dla siebie samego.
A Weszycki smutny i osowiały włóczył się po mieście. Pamiętał, był w Warszawie u schyłku „dni wolnościowych”. Głowa mu pękała od czytania wychodzącej bibuły i od słuchania na wiecach, a serce wydzierało się z piersi od wrażeń. Widział na własne oczy potęgę ludu roboczego, widział rzeczy, o jakich mu się nie śniło. Bywał na „biurach”, gdzie radziło i po stu ludzi, widział towarzyszy z centralnego komitetu i nawet z jednym gadał. Burżuje trzęsły się ze strachu i płaciły podatek — policja przycichła, samoobrona partyjna rządziła w mieście i zaprowadziła swoje porządki. A teraz...
Poszedł Weszycki przed Filharmonię. Postrojone damy wyłaziły z dorożek na koncert. Komisarz i policjanci pilnowali porządku, a w szatni roiło się od eleganckiego towarzystwa. Było wesoło, barwnie, hucznie, jasno, pachniały perfumy, wszyscy tu byli kontenci i śmiejący się.
Żal ścisnął go za serce.
Głowa przy głowie stali tu robociarze i on z nimi. Pełne były schody, dusili się ludzie we drzwiach, a niezliczony tłum z ulicy pchał wszystkich, tak że zdawało się, że się ściany rozstąpią. Ale nie było już miejsca na górze ani w salach, ani w korytarzach. Tedy stanął na schodach jakiś towarzysz i powiada: Tu będzie wiec! Cicho tam, towarzysze! Ja gadam!
I jakże on gadał! Co się też z nim dzieje? Wokoło ludzie wzdychali, płakali, ryczeli z zapału. Gadał ze dwie godziny, aż kobiety zaczęły mdleć z gorąca i ze ścisku. Przed gmachem na ulicy znowu wiec, a raczej z dziesięć wieców, aż czarno od ludzi. Tłum wywala się przez główne drzwi i nie ma się gdzie podziać. Jak pójdzie: Czerwony sztandar!...62
Gdzie się to wszystko podziało? Weszyckiego zmroziło wspomnienie. Wstąpił gdzieś na rogu do knajpki zakropić się, bo mu już się źle robiło na duszy. Wypił raz, zakąsił, posiedział, wypił po raz drugi i trzeci.