Moryc w jednej chwili opanował sytuację. Stała się cisza, wśród której Moryc wykładał, że choćby tu było i sto pięćdziesiąt bomb, to on o niczym nie wie, dlatego że chyba wariat spowiadałby się z tego nieznajomym ludziom, włamującym się po nocy. Co innego, jakby był kto znajomy, albo mający dokument partyjny... A choćby przyszli wszyscy panowie z centralnego komitetu, to on i tak nie ma nic do powiedzenia, bo o żadnej bombie nie słyszał.

— Słuchajcie, towarzyszu! Wydaliście bombę esdekom. Wasza sprawa, żeby ona tu była przed ranem. Róbcie, co chcecie, na głowie się postawcie. My tu zostaniemy, a wy nie czekajcie na pokazanie dokumentów, bo wam taką pieczęć odbijemy...

— Zachciało się waszej partii bojówki, to niech sobie sama robi bomby...

— Niedaleko zajedziecie na kradzionej broni.

— Jaki z was towarzysz, kiedyście bombę zaprzedali? Tyż pepeesowiec, zaraz widać, że z was faja...

— On niewinny, brat wydał.

— Ale on odpowiada, on brał, partia z niego za to trzy skóry zedrze...

Fryc myślał, że mu się to wszystko śni, ale Moryc od razu domyślił się, o co chodzi.

— Proszę o głos, towarzysze, kwestia formalna! Towarzysze z Polskiej Partii! Znowu, widzę, jakieś ciemne duchy narobiły plotek i zamieszania! Znowu wrogowie proletariatu oszkalowali partię SD! Żadnej prawdy w tym wszystkim nie ma! Nikt z nas nie wydał tego, o co wam idzie. Nikt nawet nie myślał tego zrobić. Towarzysze — bomba jest u nas i będzie wam wydana w porządku. Ale, towarzysze, co to jest porządek? Porządek to jest — niech tu przyjdzie ten sam towarzysz, który ją przyniósł, albo niech przyjdzie człowiek z dokumentem od partii. My was nie znamy. Wy, z przeproszeniem, zabierzecie sobie tę rzecz we dwudziestu, a jutro przyjdzie drugie dwadzieścia, albo i sto dwadzieścia towarzyszy od partii i będą nam urągać i grozić, żeśmy nieznajomym wydali taką ważną rzecz...

— To jest prawda, że ona tutaj jest?