Towarzysz Marek nie mógł spać i wił się z nudów. Wyglądał przez okno i liczył gwiazdy, palił papierosa za papierosem, przewracał się po twardej ławce, rozmawiał o niczym z dwoma Żydami, siedzącymi w przedziale, usiłował spać i łudził się, że zasypia i wiedział, że nigdy nie zaśnie. Nie miał czym zapchać tego ogromu czasu, nie miał o czym myśleć. Był przemęczony.
Przed niedawnym czasem wydostał się trafem, a raczej wydostano go cudem z więzienia, gdzie spokojnie od długich miesięcy czekał sobie na śmierć. Było to przed kilku tygodniami, a dotąd jeszcze nie mógł się pogodzić z tym nowym swoim życiem.
Powinien był się cieszyć, jak gdyby się po raz drugi urodził. Toteż cieszył się, ale on sam tylko wiedział, jak wygląda ta jego radość. Był wdzięczny przyjaciołom, którzy go wydobyli — ale i ta wdzięczność w istocie swojej zakrawała na coś w rodzaju nienawiści. Wydawało mu się, że go ktoś skrzywdził, że ktoś bardzo zacny, najlepszy i tak dalej wdarł się brutalnie do jego spraw najtajniejszych i stanął ze swoimi dobrymi chęciami między nim a czymś najważniejszym, niewysłowionym, co odsłoniło już przed nim część swego straszliwego oblicza. Popsuto mu wszystko i na zawsze. Było mu źle.
Gdyby teraz otworzono przed nim jego celę i powiedziano mu: wracaj — niech będzie, jak było, niech będzie, co miało być — cofnąłby się ze wstrętem. A gdy się odwrócił ku wolności, ku życiu, nie wiedział, co z tym począć. Ani tu, ani tam. Stał, jak gdyby na progu.
Już w kilka dni po uwolnieniu urwała się pierwsza, wmówiona radość, a zaczęły się napady myśli absolutnie niezrozumiałych. To się jeszcze nazywało — zdenerwowaniem. Dawali mu proszki, kazali mu jechać za granicę na odpoczynek i dla bezpieczeństwa. Proszki brał, ale za nic nie chciał wyjechać. Powoli spostrzegał, ze z więzienia zabrał ze sobą pewien ustalony tok myślenia, pewien nałóg duchowy, który w życiu zatruwał mu wszystko, choć tam w zamknięciu i w oczekiwaniu wiadomego rozwiązania był zupełnie na swoim miejscu.
Wstydził się swoich utrapień i trzymał je w głębokiej tajemnicy. Nie rozumiał sam siebie. Nie wiedział wyraźnie, o co mu chodzi. Chciał żyć, a nie mógł. Do czegoś tęsknił. Na coś czekał, a nie widział tego nigdzie na świecie. Odmieniła mu się i cała rzeczywistość. Dziwiły go najzwyklejsze zjawiska. We wszystkim ziewała jakaś nuda. Wszystko zrobiło się małe, niepotrzebne. Nie mógł niczego wyraźnie chcieć, ani w sprawach osobistych, ani w innych. Miał kobietę, którą kochał bardzo, kochał ją i w więzieniu i myślał zawsze o niej z upojeniem. Niewiasta ta była obecnie daleko w świecie, ale wiedział od niej, że lada chwila przyjedzie do niego. Na to czekał, jak skazaniec. — Kochanka była nadal i ładna, i miła, i gorąco go kochająca, tylko w nim przekręciło się wszystko na opak. Jakże tu żyć? Na to trzeba czasu, czas to sprawi — powtarzał sobie ustawicznie i chciał w to wierzyć.
Nie mogąc dać już sobie rady, przestał odpoczywać, a wziął się do swojej dawnej roboty. Dziwnie jakoś przeobraziła się w jego pojęciu i ta znajoma, kochana robota. I ona, jak wszystko! Ale myślał: rozruszam się. A na wpół świadomie zgadywało coś w nim, że przy tej robocie najprędzej mogą się wrócić pewne okoliczności, najrychlej może przyjść rozwiązanie wszelkich nieporozumień z tym dziwnym życiem. Robił to i owo. Teraz jechał, gdzie mu było potrzeba, a na półce wagonu stały jego dwie ciężkie walizki.
W przedziale było duszno, gorąco. Drażniło go żółte, mętne światło latarni i nieustające ani na moment szwargotanie żydowskiego towarzystwa. Myśl jego była zmęczona do ostateczności. Już niczego nie chciał dociec, już mu wszystko było jedno — nie mógł jednak odczepić się od automatycznej pracy rozmyślania, która, jak rozpędzona maszyna, szła w swoim tempie i nie dawała się zatrzymać, jak gdyby ktoś obcy rządził w jego głowie. Ktoś tam o nim rozprawiał, przerzucał jego przeszłość, grzebał w jego jutrzejszym dniu, dziwił się, wykpiwał i znacząco pokręcał głową nad pewnymi objawami. Przypominało to lekarza, który jest niezadowolony z pacjenta. Lekarz zasępił się! Bada, słucha, maca, waży rozmaite drobiazgi nic nie znaczące, klasyfikuje i jest niezadowolony. Chory czeka obojętnie. Chory wie coś takiego, o czym nie ma pojęcia lekarz. Chory pokpiwa sobie z lekarza. Chory nie spodziewa się od lekarza już niczego. Chory wszystko wie, ale cierpi.
Zaczął się jeden z tych snów, które nie mają żadnego sensu, a we wspomnieniu nie zostawiają ani pojęcia, ani obrazu. Nie pamięta się nic, wie się jednak, że przyszła we śnie zjawa o niesłychanej doniosłości, że przez głowę podczas uśpienia przeszło właśnie to, nad czym na próżno mordowała się dusza przez długie czasy. Wypowiedział się nareszcie ów tajemniczy wyraz, który służy za hasło do otwarcia zawartej bramy niepojętego. Goni potem pamięcią obudzony człowiek, pracuje, zgaduje, idzie za śladem porwanych, bezkształtnych obrazów, które zachowały się mętnie...
Marek ocknął się i natychmiast chwycił się snu, który uleciał.