Jak w ziewaniu, wypowiadała się w nim ta już zastarzała, trująca myśl. Dręczyła we dnie i w nocy i kładła się przede wszystkim ona pierwsza, na cokolwiek spojrzało oko, czymkolwiek wzruszyło się serce.

Oderwano go od studni mądrości, jemu — cieniowi — kazali wejść znowu w mrowisko ludzkie, między małe sprawy. Skazało go życie na dożywotnie ślepe błądzenie. Ale rychło skończy się to dożywocie...

Ta myśl, zamiast go uspokoić, zdjęła nudą i niesmakiem. Przeczuwał z lękiem, że znowu lada moment odezwie się w nim ten już tak dawno opanowany strach przed śmiercią, powszechny, ludzki strach. Że on przywiąże go — nie na łańcuchu, a na mizernym, nędznym łyczku do obojętnych dziejów tego już na zawsze cudzego świata. Że będzie robił to, co wszyscy, a będzie czuł, jak nikt z tych, co żyją. Że co dzień będzie kłamał, jak niewolnik, że będzie się co rano budził z zapytaniem: po co mi ten dzień? — a zasypiając, będzie marzył, żeby się nie obudzić. Będzie mówił, będzie słuchał, będzie patrzył, ruszał się — jak bezduszna, nakręcona maszyna. A jednak, kiedy zachoruje, będzie się leczył i patrzył pilnie w oczy lekarzy.

Głupio.

Z wolna, łagodnie zniżała się przed nim rozkopana ściana, która przez długi czas zakrywała mu świat. Znienacka roztworzyła się szeroko, nisko w dole leżąca dolina. Z wysokiego nasypu zagarnął oczami obraz niespodziany.

Jak wizja, zawieszona gdzieś w marzeniu, było wszystko cudne, zdumiewające. Podniosła się ziemia ku niebu i zeszły ku niej rozpłomienione obłoki. Nie miał końca niezmierny świat. Przestały istnieć wszelkie granice i uwierzyły oczy w prawdziwy obraz ziemi, pełen myśli tajemniczej.

W tej godzinie wypowiadało się jakieś wielkie słowo, którego nie zdoła ogarnąć człowiek. Jak głos Boga w dniach stworzenia, zawisło ono nad ziemią niepojęte, budzące wszelkie życie i władające przeznaczeniem człowieka. Czuła dusza swój rodzony związek ze wszystkim, co żyje, i tonęła z rozkoszą w niepojętym, macierzystym żywiole. Zatraciła swoje imię, przestała istnieć, a wszędzie widziała siebie. W purpurowym obłoku, w złotym obłoku, w srebrzystej wodzie rosy, w białych mgłach, przewlekających się przez gałęzie. Nie pytała o nic, bo wszędzie była odpowiedź. Nie trwożyła się, bo była jako u matki na łonie.

Przebogate barwy nieuchwytnych i wciąż gasnących kształtów jutrzenki przeglądały się w szeroko rozlanym jeziorze. Zdawało się ono wypełniać całą dolinę. Od jednej strony snuły się z niego ku niebu mgły i szły w górę, dymiąc się i kłębiąc. Wystrzelały w niego rzuty mgieł i szły pochyło ku górze, rysując zaczarowane tłumy, zwijając się w zmienne, znikające i tworzące się w oczach złudy. Szły od ziemi, żeby zawisnąć nad ziemią. Bratały się ziemskie wody z wodami przestrzeni niebieskich. Szły błądzić po niezmierzonym świecie. Wszędzie będą u siebie i zawsze będą sobą: w rosie deszczu, w burzy i zamieci śnieżnej, w bryle polarnej, w zwałach lodowca, na płaszczyznach Syberii, w chmurach podzwrotnikowych, w sokach rośliny, we krwi człowieka...

Za jeziorem rozrzucona była rozległa wieś. Przepływały przez nią mgły, unosząc na sobie chaty, stogi, drzewa. Dźwigało się wszystko w górę, chwiało się ku niebu i zdawało się ruszać wraz ze śpiącymi ludźmi w jakąś senną wędrówkę. Ciemne plamy drzew i dachów wciąż ginęły i ukazywały się wśród siwych mgieł. Samotnie, wysoko stała strzelista dzwonnica, dwa rzędy topoli szły kędyś ku jakiemuś dworowi. — Wszystko to było zwyczajne.

A jednak Marek miał wiarę, że podgląda jakąś wielką, strzeżoną tajemnicę. Chciało mu się wierzyć, że teraz, w tej chwili, na granicy dnia i nocy, zanim wyjrzy słońce, odbywa się wielkie misterium świata i że on, podkradłszy się, był jego świadkiem. Tak było przed chwilą: teraz jest już wtajemniczonym uczestnikiem... Przypomniało mu się dziecinne przeświadczenie o tym, że inaczej wygląda świat, kiedy śpią ludzie. Pamięta tę swoją ciekawość. Wróciły się z dawno przeżytych lat pierwsze, najmłodsze wrażenia. Ta sama była ich dziewicza świeżość, ten sam czar, pełen cudowności. Patrzał oczami dziecka i bajecznym jak ongiś stał mu się cały świat. Znienacka spadło nań przypomnienie żywe i nieodparte: to co widzi teraz, już kiedyś miał przed oczami: to co czuje, już przeżywał. Kiedy to było? Było! I nie potrzebował już sobie dowodzić, że prawdą jest to, co widzi, że prawdą jest to, co czuje. Już wie, że ta chwila przechodząca, że to żyjące w nim „teraz”, jest dla niego czymś nieopisanie wielkim. Wie, że nie spotka go już nigdy nic podobnego i kazał sobie to rozważyć, zrozumieć, zapamiętać.