Mijał pola, lasy, wioski. Uderzyło mu prosto w oczy wschodzące słońce, uderzyło weń, jakby niezgłębioną radością. Beztreściwe uniesienie ogarnęło go, opasało i zdusiło, jak w rozkosznym, bolesnym spazmie. Działy się w nim rzeczy dziwne, ale on niczemu się nie dziwił.
Gdzieś po drodze mały pastuszek pędził krowinę popod lasem. Spłoszone bydlę odbiegło od plantu w las, a chłopczyna wywijał kapeluszem i wołał coś do pociągu, śmiejąc się radośnie. Spotkały się na moment ich oczy. Pociąg poszedł dalej, a Marek poniósł ze sobą pełną duszę tego dziecięcego śmiechu.
Zapragnął ludzi — bliskiej, serdecznej rozmowy, uścisku czyjejś przyjacielskiej dłoni. Nie mieściło się w nim wzruszenie. Przelewała się w nim wyżej brzegu potrzeba czynu, wyrazu dla rozbudzonej siły, którą czuł każdym nerwem mózgu, każdym muskułem młodego ciała.
— Ejże, ejże — odgrażał się, coś komuś obiecując i ślubując sobie. Zaroiło się w głowie od pomysłów i zachceń. Poniosło go marzenie daleko, wysoko. Kusiły piękne niemożebności, ozdobiła się wszelka rzeczywistość.
Poczuł na sobie jedno spojrzenie i zatargał nim żal, wyrzut i bezbrzeżna radość. Ileż wycierpiały te ciemne oczy, jakże szukały go po świecie, ilekroć opłakały to jego młode — skazane życie... Kiedyż to było, kiedy po raz ostatni patrzył w nie i czytał, co przez nie mówiła ta jej wierna, kochająca dusza? Ciężkie było to brzemię tęsknoty, która tak nagle złożyła się na nim. Podniosła się gniewna niecierpliwość, zerwały się obumarłe, wygłodzone żądze. Wszystko ożyło. Dobre i złe, rozumne i szalone, małe i wielkie. Ale nie wiedział jeszcze o tym Marek, że już się wykradł z zaklętego koła śmierci, że już na nowo stał się żyjącym człowiekiem.
Zasnął twardo. Dopiero po kilku stacjach obudził się, otrzeźwiał w jednej chwili i szybko spojrzał na swoje walizki. Były na miejscu. Zapalił papierosa i patrzył w okno. Myślenie stało się już spokojne, zwyczajne. Myślał sobie o tych swoich sprawach, rozważał je i układał w głowie, kiedy poczuł na sobie czyjeś spojrzenie.
W drugim końcu wagonu siedział samotny pasażer. Marek schwytał jego badawcze spojrzenie, ale w tejże chwili nieznajomy odwrócił się do okna i siedział, patrząc sobie w świat. Nie był to zresztą bynajmniej nieznajomy.
Marek dla niepoznaki wydobył starą gazetę i udawał, że czyta. Był zmieszany, zły na natręta i zły na siebie. Tak mu się dobrze myślało, było mu tak dobrze z samym sobą — a tu wciska się nieproszona figura i nastręcza głupie, irytujące myśli. Położenie było istotnie głupie, śmieszne i drażniące.
Marek miał nieprzepartą ochotę podejść do tego pana, walnąć go z całej siły dłonią po łopatce, jak się robiło dawniej, a potem ucałować się z nim mocno z dubeltówki, żeby aż zęby zatrzeszczały. A potem o tych dawnych czasach. O profesorze Łopacie, o Dobciu, o starym, łysym „Homerze”, o kolegach: Wacku, Siwku, Jacku, o pijaczynie Ziuczence, pomocniku gospodarzy klasowych, szpiegu uczniowskim i nauczycielu „śpiewów”, któremu wyprawiało się najwspanialsze kawały przed kilkunastu laty w mieście X. O brudnej cukierence na Rynku, gdzie konspiracyjnie schodzili się starsi uczniowie na bilardzik i koniaczek. O nocnych wyprawach po cywilnemu, o zamachu „terorystycznym” na profesora Bojanka, filozofa-maniaka, który nie stawiał nikomu stopnia wyższego nad dwóję i który ze zbytku uczoności powiesił się na klamce. O pannie Anuli, w której kochał się jeden, i o cudnej pannie Kazi, za którą szalał drugi. Co też się dzieje z tymi dziewczętami, bez których żyć nie mogli, a które teraz hodują „cudze” dzieci. O wielogodzinnych, gromadnych kąpielach na owych Rurach, gdzie łapało się również raki, obkuwało się na egzaminy i gdzie w rozpaczach miłosnych miało się topić pewnego roku, w miesiącu czerwcu, w klasie piątej — za wzajemną umową przyjacielską w tej jednakowej niedoli. Gdyż ani Anula, ani Kazia...
Niechże wszyscy diabli wezmą, jakie to głupie...