Tą samą prostą myśl przetrawiał w swoim kącie i kolega Szabłowski, zwany ongi w sztubie36 „Szablonem”. Trapili się obadwaj. Każdy z nich wiedział, co drugi myśli, odwracali od siebie oczy i w najidiotyczniejszy sposób udawali, że się nie poznają. Na dobitkę wagon był puściuteńki. Tak sobie jechali.
Wreszcie Marek nie mógł wytrzymać i postanowił patrzeć przez okno aż do nieskończoności. Wychylił się i spotkał się ze spojrzeniem kolegi, który od dawna wpadł na ten sam pomysł i wyglądał również swoim oknem.
Roześmieli się obadwaj.
— Z czego ty się śmiejesz, stary idioto?
— Z tego, co i ty. Głupio....
— Wiele jest głupstwa na świecie. Pogadajmy...
— Kiedyżeśmy się to widzieli?
— A no na tym wiecu u Szlenkiera, na Dzikiej.
— Dzika, dziewięćdziesiąt jeden. Dobrze. Słuchaj, Szablon, żeby o tym ani słowa. Pogadajmyż raz, jak ludzie.
— Pogadajmy... Można czasem zapomnieć. Owszem. A udało ci się diabelnie — no, powiesiliby cię i już. Kawał był dobry, chwacki...