A jeżeli z przetrząśniętych kieszeni monetę potrzebną wyjmę, jeżeli zapłacę i kupię — ?
Gałąź topoli ulicznej syczy śmiechem, który przetrwa do wieczności!
Nie trzeba być świętym, by mieć wizje... aby słyszeć języki marchwi...
— trzeba być głodnym od wczoraj — !
— — Więc jeszcze raz baletnico z tysiąca i jednej spódnic —: ile —?
Oh, bo zaciska mi się dłoń zwarciej niż pięść kalafiora.
Oto o krok — —
ulegnę pokusie smaku i woni, i jak pszczoła — —
Nie — jak człowiek ukradnę garść fasoli i drugą garść — przez pomyłkę — nasion nasturcji...
— — i pognam perspektywami ulic czerwonych i zielonych i surowych z rozjątrzonym coraz bardziej głodem, i z pięściami zaciśniętymi kurczowo wokół łupu — —