O niedźwiedziu królewiczu

Jednego razu miał król córke bardzo łebskom, tako była łebsko, tako ładno, co to było niepodobno. To tyż król jum bardzo ulubiuł. Tyj matce było markotno, że un ty córke tak bardzo kocho i yna na wiedzia[ł]a1, co ona miała ty córce zrobić, żeby uonymu jum zbrzydziła. Ale poszła do haptyki2 i kupioła proszek i dała ty córce wypić z kawom, a ta córka nie wiedzia[ł]a co to jez3 i wypiła jako kawe. I zrobiuła się wciųży ud tych proszków. Tak ta matka mówi do swywo myża:

— Widzisz, tageź jo, lubił, k(u)ochoł, a p(u)epatrz, co ci za świństwo zrobiła!

Jak tyn król sie rozgniewoł i kozoł te córke wyprowadzić nad morze i rebakom i puścili na wede4, że miała się zatopić. A yna w ty łydzce siedziała i tag ją wiatr popychoł, aż jum dopchnuł do jedny wyspy. Tak una wylazła z ty łydki, poszła na te wyspe i tam buła bardzo długi czas, także oż porodziła. Ale to dziecko był niedźwiedź. Dziecko w niedźwiedzki skórze. Tag ona sobie myśli:

— Mój Boże, kiedy mnie też Pan Bóg dał niedźwiedzia za dziecko, wezne zaroz do wody śmigne go i utopie!

A yna, gdy chcia[ł]a rzucić, a to się uchwyciło ji szyje niedźwiedzkimi łapkami i zaczyno płakać. Tag una jeszcze się cofnyła:

— No ji kiedy to tak płacze, to nie utopie. Niech żyje, jak dłgo chce.

Jak miało pótora roku, więc zrobiło jame dlo swojij matki ji tam znosiło same różne pokarmy, miod leśny, korznki. A gdy mioł dwa roki, tak mówiół do matki:

— Mamo, jo byde próbowoł, jeżeli ja byde móg te wede przypłynuńć, winc mama wsiądzie na mnie, uchwyci mi się sierzchu5, jo z mamum przepłynę na drugum strone. Tag un przepłynuł na te drugum strune i tam zrobił jame i chłodził do miasta po żywnoś[ć]. Choć tam rzeźniki buły, nie mogły mu się nic zrobić. Choć un zaszed do piekarza i powiado:

— Ty byź mi tyż coś móg dać do jadła do mojej mamy.