Tej nocy przeoczyłem moment, kiedy ruszył w drogę. Wymknął się bezszelestnie. Kiedy zdołałem go dogonić, szedł zdecydowanym, szybkim krokiem. Powiedział tylko:

— Ach, jesteś...

I wziął mnie za rękę. Ale coś go jeszcze gnębiło:

— Niesłusznie postąpiłeś. Będzie ci przykro. Będę wyglądał na umarłego, a to nie będzie prawda...

Nic nie powiedziałem.

— Zrozum. To za daleko. Nie mogę tam zabrać tego ciała. Jest za ciężkie.

Nic nie powiedziałem.

— Ono będzie jak stara, porzucona łupina. W porzuconej łupinie nie ma nic smutnego...

Nic nie powiedziałem.