Pojrzeliśmy ku wam, bynajmniej z rozpaczy.”

Odrębność

Powracam jeszcze do Żydów. Jestem jak endek. Nie mogę się od nich oderwać. Ale byłem w teatrze i zobaczyłem straszliwe spustoszenie, jakie antysemityzm wyrządził na tym odcinku. Byłem też w Warszawie na międzynarodowym konkursie tańca i widziałem, że wszystko, co najlepsze (nie według protekcjonistycznie rozdanych nagród), przyszło z Niemiec i było przeważnie semickiego pochodzenia. Żydzi w samej rzeczy rządzili teatrem i spektaklem w Berlinie. Rządzili nimi ze świetnością jakiegoś Ludwika XIV i szerokością poglądów encyklopedystów. A co jest dzisiaj? Przeszło dwadzieścia teatrów stoi bezczynnie. W innych, do których zachodziłem na kilka minut, kupując sobie bilet na galerię, szmira nieprawdopodobna. W ciągu kilku miesięcy osiągnięto poziom niskoprowincjonalny. Przecież poza nazwiskami, które wymieniłem w związku z książką doktora von Leersa, brakuje scenie berlińskiej takich nazwisk, jak: Moissi100, Kortner101, Eric Charell102, Pallenberg103, Gitta Alpar104, Fritzi Massary105, Däjos Bela i wielu innych. Fröhlich106 na przykład nie może dostać angażu z powodu żydowskiego pochodzenia żony, właśnie Gitty Alpar.

Wymownym obrazkiem życia teatru jest to, co się stało po ustąpieniu i wyjeździe do Austrii Reinhardta. A więc prasa z naciskiem oświadczyła, że Deutsches Theater pozostanie nadal pierwszą sceną Niemiec, oczywiście na znacznie wyższym poziomie, bo już nie pod wpływem żydowskim. Na pierwszy ogień dano jakąś sztukę patriotyczną o Alzacji. Recenzenci szaleli z zachwytu, ale po trzech dniach sztukę zdjęto z afisza. Teatr był pusty, a sztuka strasznie marna. Oto okrutna prawda.

Toteż nic dziwnego, że zanik teatru zaczął poważnie niepokoić czynniki odpowiedzialne. Znamienna w tym względzie była mowa pruskiego ministra oświaty Rusta107, skierowana do przedstawicieli narodowosocjalistycznych organizacji kulturalnych, a w szczególności do Związku Walki o Niemiecką Kulturę. (Takie „związki walki” są w ogóle liczne i w swej zamierzonej działalności mają dążyć ku sprostaniu wszystkim patriotycznym, społecznym, kulturalnym i filantropijnym potrzebom kraju). W przemówieniu swym, nacechowanym zupełnie nierewolucyjnym umiarem, podkreślając potrzebę „duchowej demobilizacji” po tak zwycięsko przeprowadzonej rewolucji, pan minister Rust zachęcał do pracy konstruktywnej, a nie tylko polegającej na wyszukiwaniu „niebłaganadiożnych” i zatrzymał się specjalnie nad kwestią teatru: „Wiadome jest, że teatrowi niemieckiemu nie brak ani utworów, ani autorów dramatycznych, a jedynie brak publiczności” — i tutaj Związek Walki powinien rozwinąć całą energię i stworzyć dla teatru poniekąd organizację „konsumentów”. Wyobrażam sobie, jak to będzie wyglądało. Bez pytania zarobkujących odciągnie się im od uposażenia jakąś sumę, w zamian za co wyda się ulgowe bilety na jakieś niemieckie Odsiecze Wiednia czy innych Kościuszków pod Racławicami. Najpierw będą się trochę buntowali, potem przez zmysł skrzętności zaczną wyzyskiwać te — bądź co bądź — darmowe bilety, a wreszcie przyzwyczają się do poziomu, który znamy z Teatru Letniego i Domu Żołnierza. Będzie im się podobało i Deutsches Theater nie będzie świecił pustkami. Ale...

Byłem oczywiście na programowej i rozreklamowanej sztuce Johsta Schlageter108. Zapytałem już wcześniej portiera w hotelu, czy trudno będzie dostać miejsce. Odpowiedział trochę zdziwiony, że przeciwnie, nic łatwiejszego. Przyszedłem po rozpoczęciu przedstawienia, rozejrzałem się po sali i zobaczyłem, że jest na wpół pusta. Pomyślałem, że to pewno bardzo już długo grają. Tymczasem w przerwie zajrzałem do programu i wyczytałem, że to dopiero trzynaste przedstawienie. Publiczność oklaskuje niejednomyślnie: jedni wszystko, drudzy — nic. Sztuka jest grana, jak na to, co się dzisiaj widzi w Berlinie, dobrze, ale przede wszystkim uczciwie i sumiennie. Teatrów działa zaledwie kilka, sztuka jest na czasie — a jednak pustki. Nie będę pisał o treści Schlagetera, bo sztuka stała się skandalem europejskim i cała prasa pełna była cytatów z niej zaczerpniętych. Powiem tylko, że reakcja widza, nierozmiłowanego w panujących stosunkach i umysłowości, jest wprost bolesna. Człowiek siedzi podczas tego przedstawienia trochę skulony i nie wie, czy jest bardziej zgorszony, czy zdumiony. Z jednej strony wali się nań niesłychana gloryfikacja brutalności, wstecznictwa oraz pychy i odrębności narodowej, a z drugiej — przeciera uszy, słysząc długi monolog prezydenta prowincji, dawnego robotnika-socjalisty, który wstydzi się swych spracowanych rąk. Autor daje do zrozumienia, że jest się naprawdę czego wstydzić, że robotnik powinien pozostać robotnikiem. Są to — przyznajmy — akcenty nowe. Dawka nienawiści, zaślepienia i brutalności jest tak silna, że przez całą dobę nie mogłem się uspokoić. Wciąż sobie powtarzałem: „Tyle więc jest tej patriotycznej nienawiści w powietrzu, a zdawałoby się, że w stosunku do zbiorowości jest to uczucie tak nienaturalne”.

Sprawa filmu nie przedstawia się lepiej. W ośmiu kinach śródmieścia wyświetlano podczas mego pobytu Blutendes Deutschland (Krwawiące Niemcy); poza tym niemieckie filmy z całkiem nieznanymi nazwiskami aktorów i — o dziwo! — dwa przeboje sezonu: jeden Kiepury109, drugi Schmidta110. Kiepura — Polak, Schmidt — stuprocentowy już nie Żyd, ale Żydek. Obaj znakomici śpiewacy — znakomicie śpiewają. Kiepura zrobił niewiarygodne postępy: mówi płynnie po niemiecku, gra z humorem i prostotą. Ale czym tłumaczyć fakt, że filmy te tolerowano? Odpowiedź: Hugenberg111 znajdował się jeszcze u władzy, Hugenberg był możnym panem w „Ufie”, oba wspomniane filmy nakręciła właśnie UFA.

Byłem oczywiście na Blutendes Deutschland112. Jest to film propagandowy narodowego socjalizmu, polegający na zlepieniu aktualności filmowych od czasów przedwojennych aż po chwilę obecną. Pokazana jest potęga i blask cesarstwa, rewie wojskowe sprzed 1914 roku, ale — rzecz ciekawa — nie widać cesarza, tylko cesarzową. Potem następuje okres wojny. Napisy wychwalają wojnę jako czas bohaterstwa, próby i ofiarnej służby ojczyźnie. Z ekranu przemawiają nastroje świadczące o tym, że w intencji piszącego scenariusz było przekonanie młodych, iż wojna nie jest naprawdę taka straszna, jak ją malują. Ale fotografowana nie wygląda lepiej, zdjęcia bowiem, bardzo zresztą udane, pokazują najohydniejsze masakry, odzwierciedlają wiernie brud, brutalność i znużenie żołnierza. Trzeba już chyba dobrze znać swoją widownię, żeby móc taki film wyświetlać jako propagandowy. Oglądamy wreszcie powojenne smutnoje wriemia113. Tu widzimy — tak przynajmniej się wydaje — pracę nie filmowo-reporterską, ale studiową, gdyż sceny rozruchów komunistycznych i barykad są pokazywane przeważnie w nocy. Jest to świetne, o ile chodzi o nastrój, ale nie daje zupełnie poczucia autentyczności. Poza tym widzimy zamarłe fabryki i okupacyjne wojska w Nadrenii. Wszystkiemu ma być winna republika weimarska i jej żydowsko-marksistowskie rządy. Każdy napis to podkreśla. (Za „marksistowskie” uważa się dziś w Niemczech wszystko, co jest liberalne czy lewicowe). Pokazują nam na przykład nędzę w mieszkaniu rodziny bezrobotnego, przy czym napis brzmi mniej więcej tak: „Tak się działo, zanim narodowi socjaliści objęli rządy”. Ktoś mógłby pomyśleć, że się cokolwiek od tego czasu poprawiło. Film kończy się poczdamskim tryumfem114 z 5 marca i łopotem flagi ze swastyką. Widowisko jest długie, na ogół nudne i dość niechlujnie sklecone. Publiczność — bierna.

Ale co jest ciekawsze od każdego filmu widzianego dziś w Niemczech, to dodatki dźwiękowe. Kronika tygodnia, poświęcona w dziewięćdziesięciu procentach sprawom niemieckim, i to politycznym, trwa czasem blisko godzinę. Ciągłe zjazdy, obchody i manifestacje są powodem do przemówień i enuncjacji Hitlera, Goeringa i Goebbelsa ze wspomnianym już dzikim, demagogicznym rykiem. Śmiesznie wygląda tylko sam wódz, choć tylko on jeden za każdym swoim pojawieniem się na ekranie wywołuje burzę oklasków. Za to bardzo patetyczne wrażenie robi stary prezydent Hindenburg. Można stać się od razu konserwatystą, porównywując jego zachowanie się, postawę i ton w przemówieniach ze sposobem bycia „ludzi nowych”. Wprost przykro patrzeć, jak czuje się nieswojo ten, co tu gadać, imponujący starzec. Jego brak sympatii do obecnych poczynań narodowych socjalistów, a zwłaszcza negatywny stosunek do antysemityzmu — stanowi dziś publiczną tajemnicę. Jedyny jego człowiek — Hugenberg został usunięty i prezydent jest dziś całkiem osamotniony nie tylko pośród swego otoczenia i ludzi u władzy, ale także w społeczeństwie, jest tak pieczołowicie strzeżony, że nie ma wprost możności nawiązania kontaktów tam, gdzie by chciał.

Ale wróćmy jeszcze do filmu. Więc dawni reżyserzy i aktorzy w przeważającej części wyjechali i studia w Pradze, Wiedniu i Budapeszcie, które świeciły pustkami od początku kryzysu, zostały podobno odnajęte berlińskim wytwórcom na kilka lat. Nie tylko więc teatr, ale także film niemiecki można uważać za chwilowo (i oby tylko chwilowo) nieistniejący w artystycznym tego słowa znaczeniu.