— Dziwy... dziwy... czary wierutne... — szeptali dworzanie. — Nasz pan srogi, okrutny, dziecko całuje...

Płomień wstydu oblał mu czoło. Wskoczył na koń i krzyknął ze złością:

— Precz mi z oczu! Obstąpiliście mię, niczem błazny... Precz, mówię! Jechać ku Assmannshausen... czekać na mnie u przewozu... ani kroku dalej!

Najbliższego zaciął biczem po twarzy; ruszyli z kopyta.

Słońce wznosiło się coraz wyżej i przypiekało jak przed burzą. Jeździec puścił wodze koniowi, a ten szedł stępa, skubiąc listki z przydrożnych krzaków.

— Parno... — szepnął do siebie Heribert. — Do lasu jeszcze z mila, a tu łeb człeku cięży, oczy same się zawierają. Nad miarę wina piłem wczoraj... juści nad miarę... Stary głupiec byłby żył zdrowo do tej pory, gdybym był trzeźwy.

Splunął i otrząsnął się.

— Niema o czem myśleć.

Potarł ręką rozpalone czoło; nowy dreszcz go przeleciał...

— W głowie się zawraca, w uszach dzwoni, w gębie jakowyś piołun... Cóż to jest? Chorość jaka? Zimnica?... A może urok?... To szczenię tam nad stawem wbiło mi się swemi modremi ślipiami aż w sam mózg... szczery ogień mam w kościach...