Zeskoczył z konia.
— Nogi się uginają... Chyba legnę pod tem drzewem i prześpię się krzynę; zelży mi.
Spętał nogi koniowi i puścił go na łąkę, a sam rzucił się na ziemię w cieniu rozłożystej dzikiej gruszy.
Przymknął oczy.
— Co się to dzieje?... Gdzie ja spadam?... Kędy lecę?... Ratunku!... Na pomoc!... Djabli mię otaczają... Czy to śmierć?... Ach ten tłum... To zgrzytanie... to wycie piekielne!... Puszczajcie!... Wara ode mnie!... Tolim jest ochrzcony wodą święconą!... Precz! W imię Oj...
Z nieprzeliczonego zastępu złych duchów wystąpił olbrzymi, ognistooki szatan i ciężką jak ołów rękę położył mu na ramieniu.
— Chcesz się przeżegnać? Spróbuj, czy zdołasz. Zali od lat dwudziestu choć jeden raz, jeden jedyny, uczyniłeś znak krzyża? Za życia była pora na żal, na skruchę, po śmierci ino kara.
— Milcz! Bóg jest miłosierny!...
— O tak! — odparł djabeł, zaciskając z wściekłością szpony. — Miłosierny ponad wszelkie rozumienie. Aleś ty wyczerpał to miłosierdzie Boże do dna. Dusza twa należy do nas.
— Należy do nas! — zawyło echem ze wszech stron.