— Nie, nie... bez sądu nawet ludzie nie oddają zbrodniarza katom. Domagam się sądu!

Zgraja szatanów zaryhotała przeciągłym, ohydnym śmiechem.

— Sądu chce! Cha, cha, cha, cha, cha!...

— Zgoda — odezwał się ten sam, ognistooki. — Miałem cię wziąć wedle własnego obrachowania, do trzeciego piekła; gdy zasię On, któremu złorzeczę od początku wieków... Pan nieba i piekieł zliczy twe zbrodnie i zważy na swej przesprawiedliwej szali, pójdziesz w głębie niezmierzone, do siódmej płomiennej otchłani, kędy król nasz Lucyfer w nigdy niegasnącym ogniu przemieszkuje.

— Wołam sądu!

— Więc pójdź!

Rój potępieńców załopotał skrzydłami i zniknął w ciemnościach.

Ognistooki porwał duszę rycerza i pędem iskry piorunowej przeleciał przestrzeń tysiąca tysięcy światów. Nagle zatrzymał się, padł na kolana i oczy oburącz zasłonił.

Heribert uczynił to samo.

Od Źródła światłości, od Majestatu bożego dał się słyszeć głos: