— Przybliż się, szatanie, i wymień grzechy zmarłego sprawiedliwie, nic nie ujmując nic nie przydając.

Porwał się olbrzym z klęczek i wyprostował hardo. Lecz nie w stanie był znieść blasku Oblicza Pańskiego. Tedy padł znowu na kolana i przysłaniając oczy skrzydłami, mówił:

— Opijał się do utraty rozumu...

— Gnębił i dręczył poddanych...

— Mordował ludzi nie w obronie własnego życia, ale dla łupiestwa, z chciwości...

— Rabował kościoły... Bezcześcił święte naczynia...

— Nie Twoje imię, Panie, ze czcią wymawiał, ale mnie i tysiące braci moich wzywał co godzina...

A gdy szatan mówił, każde jego słowo zmieniało się w kamień i padało na spiżową wagę sprawiedliwości boskiej. Szala grzechów osunęła się nisko, szala cnoty uniosła się w górę — próżna.

— Straconym jest... — jęknął Heribert — jakoż będę Boga błagał o zmiłowanie, gdy pojrzeć nań nie śmiem... Ach, kto się za mną ujmie, nieszczęsnym zbrodniarzem...

Ze mgły wspomnień dziecięcych... płynął powietrzem dźwięk znajomy; cichy jak szelest opadającego liścia... To matka mówiła litanię...