Głos Wszechmocy przemówił po raz trzeci:
— Dla ciebie, córko, dla drogocennego okupu, jaki złożyłaś, nie wydaję wyroku potępienia na zmarłego grzesznika. Ze skarbnicy wieczności udzielam mu lat trzydzieści, jako czas przebłagania pokutą srogiego gniewu mojego. Niech dusza powraca do ciała!
Klasztor benedyktynów w Trewirze obchodził stulecie swego założenia. Ze względu na tę wielką uroczystość Ojciec święty nadał liczne odpusty uczestnikom jubileuszu; niemal wszystkie zakony tej reguły przysłały swoich przedstawicieli. Jak Trewir Trewirem nie pamiętali ludzie tak wspaniałego święta; a święto trwało dni trzydzieści trzy, ku uczczeniu lat Pana Chrystusowych i świętej szaty Zbawiciela, przechowywanej w skarbcu klasztornym.
Napływ pobożnych był niesłychany; pomieścić się nie mogli w zajazdach i prywatnych domach, aż namioty porozbijano pod miastem i tam pątników umieszczano.
Od brzasku zorzy do ciemnej nocy stał kościół otworem, a tłumy nieprzeliczone płynęły doń rzeką. Braciszkowie strzegli porządku: głównemi drzwiami, naprzeciw wielkiego ołtarza, wpuszczano pobożnych, wyjścia były w bocznych nawach na prawo i na lewo, przez krużganki. Przy wszystkich ołtarzach jarzyły się setki świec, przy wszystkich ołtarzach odbywało się nabożeństwo od świtu do południa; zaczem nieszpór i wieczorne modły. U czterdziestu konfesjonałów klęczeli długim sznurem penitenci, czekający swej kolei; omdlewających ze znużenia spowiedników zastępowali inni, a trzy razy dziennie zasiadał sam opat na podwyższeniu, gdzie skrzyżowane dwa pastorały i tiara papieska były znakiem władzy, udzielonej od Ojca świętego, ku odpuszczaniu najcięższych nieprawości.
Piątek był. Wśród obrzędów i nieustających adoracyj dzień ten odznaczony został najwyższym przywilejem, bo co piątek czasu jubileuszu ustawiano w pośrodku presbiterium, na kilkostopniowem wzniesieniu pod baldachimem srebrną skrzynię z wyzłacanem wnętrzem, zawierającą cudowną relikwję — suknię Chrystusa Pana.
Ludzie czołgali się na kolanach ku tej szacie błogosławionej, co utkana Matki Najświętszej rękoma, odziewała niegdyś ciało Boga-Człowieka.
Pielgrzymi posuwali się jeden za drugim, modląc się całą gorliwością ducha i płacząc głośno na samą myśl o najdroższej pamiątce.
W ciemnej, grubej opończy, z kapturem, opadającym na oczy, z pochyloną na piersi głową klęczał u filara prawej nawy człek jakiś. Braciszkowie, pełniący służbę, widzieli go podczas prymarji, widzieli go podczas wotywy, całą sumę krzyżem przeleżał, poszturchiwany przez tłoczące się tłumy. Wreszcie wsunął się w łańcuch wiernych, podążających ku relikwji, i dotarł do presbiterium. Tu, zamiast się zbliżyć za innymi i ucałować brzeg świętej skrzyni, jęknął tylko żałosnem łkaniem, zarzucił sznur konopny na szyję i czołgał się prosto do konfesjonału opata, o skrzyżowanych pastorałach.