Z grona rycerzy polskich i niemieckich najznamienitsi tylko zostali zaproszeni ze względu na brak miejsca. Ci naturalnie stawili się wcześnie, by razem z gospodarzem powitać królów i cesarza.

Rojno i gwarno było przed bramą i w sieni. Migotały złotogłowia i szkarłaty, lśniły od słońca klamry i pasy złociste, barwami tęczy mieniły się drogie kamienie.

Z uderzeniem południowej godziny przybieżał konny posłaniec z Wawelu, zwiastując, że ich cesarskie i królewskie moście już jadą. Rycerstwo rozstąpiło się na dwie strony i uszykowało szeregami, w bramie zaś stanął gospodarz z synami, księdzem Danielem i księdzem Mikołajem.

Niebawem nadjechali. Tym razem nie konno, ale w lektykach. Cesarz Karol z młodziutką małżonką w jednej, Kazimierz z Waldemarem w drugiej, następnie nuncjusz z księciem Bogusławem, Ludwik węgierski z Piotrem cypryjskim.

Oblicze Wierzynka jaśniało niewypowiedzianą radością. Pierwszy to raz, jak Polska Polską, a Kraków Krakowem, tak wielki zaszczyt spotykał mieszczanina. Toteż chylił głowę w niskim pokłonie, podając na złotej ozdobnej tacy chleb, sól i klucz do domu Kazimierzowi. Starodawna ta ceremonia oznaczała, że król wszędzie jest panem, a czyjekolwiek progi przestępuje, we własny dom wchodzi. Kazimierz dotknął z lekka palcami klucza, po czym objął pochylonego starca za ramiona i przycisnął go serdecznie do piersi. Następnie witał Wierzynek cesarza i królów z wielkim uszanowaniem, ale już nie tak skwapliwie a kornie, jak króla polskiego.

Kazimierz, przyjmując na chwilę rolę gospodarza, ustąpił pierwszeństwa przy wejściu Karolowi. Po schodach ubranych zielenią i kobiercami weszli goście do wielkiego przedsionka, następnie do świątecznie przystrojonej świetlicy. Na środku komnaty przygotowany już był stół do uczty, białym atłasowym obrusem zasłany, ze złotymi talerzami i roztruchanami52 dla monarchów, a srebrnymi dla reszty gości. Gąsiory z winem i miodem, gęsto rozstawione, wywołały uśmiech zadowolenia na twarze cesarza Karola i Waldemara duńskiego.

Dwunastu pacholików w białych wiejskich sukmanach stało rzędem pod ścianą na prawo od wejścia: sześciu z nich trzymało oburącz miednice srebrne, a drugich sześciu — srebrne dzbany pełne wody. Każdy zaś miał przewieszony biały ręcznik przez ramię.

Nie znano jeszcze w owych czasach widelców, przed każdym więc jedzeniem umywano sobie ręce, by czystymi palcami dotykać mięsa i innych potraw, których nie dało się jeść łyżką. Tak samo i po skończonym obiedzie lub wieczerzy znów następowało mycie rąk. Po dopełnieniu tej czynności oczekiwano wezwania do stołu.

I przystąpił Wierzynek do króla Kazimierza, a obejmując go za kolana, zapytał, czy może przemówić słowo.

— Słuchamy was mile, mości stolniku — odpowiedział król łaskawie.