Wnoszono misy jedne za drugimi. Ach, czego tam nie było! Niedźwiedzie łapy duszone z miodem i gorczycą; karpie gotowane w winie i pokryte siekanymi jajami; combry sarnie z przyprawionymi głowami i ogonami z ryb dla zaciekawienia biesiadników; gęsi gotowane w śmietanie z grzybami; prosięta nadziewane kaszą i kluskami; przepiórki pieczone, ułożone w kształcie piramidy, z pozłacanym drewnianym ptaszkiem u szczytu; do tego na osobnych miskach suszone śliwki i gruszki gotowane na rzadko; ogony bobrowe garnirowane języczkami karpimi; skowronki zapiekane w cieście; kaczki nadziewane jabłkami itd., itd., itd.
W niedomkniętych drzwiach od kuchni można było tymczasem dojrzeć osobę pani Janowej, jak pouczała pacholików, by ostrożnie misy podawali, a broń Boże tłustym sosem którego z biesiadników nie oblali. Chwilami stawała w progu i okiem dowódcy na polu bitwy obrzucała całą komnatę, po czym nie postrzeżona przez nikogo chowała się szybko za kotarę.
Wierzynek i obaj jego synowie nie spoczęli również na mgnienie oka, nie przysiedli na chwilę. Musieli pilnować usługi, patrzeć, by każda potrawa po dwakroć była podawana, by goście nigdy próżnych kielichów przed sobą nie mieli.
Stary miód i wina przednie lały się strumieniami. Królowie przypijali do siebie, to znów wznosili puchary na cześć gospodarza, jego synów, jego rodziny. Dzięki tym wszystkim toastom coraz gwarniej robiło się przy stole, wesołość powszechna zapanowała w sali. Błaznowie królewscy przebiegali dokoła świetlicy, zaczepiali gości, a nawet swoim panom przymawiali, co im — jako błaznom — bezkarnie uchodziło pod warunkiem, by koncept zaprawiony był dowcipem. Toteż wybuchy śmiechu głuszyły nawet muzykę.
— O zakład! — zawołał Pliszka, błazen króla Kazimierza.
— Niech będzie — zgodził się Wyrwał, czeski trefniś cesarza Karola.
— A kto osądzi?
— Mój pan.
— Nie, mój pan!
Tu przyskoczył do nich karzełek Waldemara.