— Nie spierajcie się! Błaznom błazeński sąd przystoi. Ja będę rozstrzygał.
— A po co? — Wyrwał przyskoczył do cesarza. — Karolku, oni chcą błazna na sędziego... Mianuję cię moim sędzią!
— Tego już zanadto — odparł Karol, marszcząc brwi. — Pójdziesz mi zaraz do marszałka, niech ci każe wyliczyć dwadzieścia!
— Dukatów? Dziękuję ci, Karolku.
— Dwadzieścia rózeg!
— Dlaczego? Jakim prawem? — zapiszczał trefniś. — Za kłamstwo ino rózgi mi się należą, a nie skłamałem przecie: pijany a błazen, to braterska para. Czyż nie jesteś pijany, Karolku? — I odskoczył ze śmiechem na stronę. — Nie chcesz, to się obejdzie. Potworek nas osądzi. Słuchaj, Pliszka twierdzi, że zna takiego, co własną swoją głowę z tyłu pocałuje, jeżeli zechce. Ja powiadam, że nie.
— A ja gadam, że tak.
— I założyliśmy się.
— A o co?
— O srebrne dzwonki do czapki, które mój albo jego pan sprawi temu, co wygra.