— Nie jeden, ale trzech oczekuje na zawołanie, miłościwy książę — odpowiedział Wierzynek i klasnął w ręce.

Był to widocznie znak umówiony, gdyż w tej chwili, jakby spod ziemi wyrośli, stanęli przed gośćmi trzej odświętnie ubrani młodzieńcy, z hiszpańskimi lutniami w rękach. Pokłonili się nisko i czekali rozkazów.

— Cóż, Łukaszku, ułożyłeś jakową piosenkę na dzisiejsze święto? — spytał król Kazimierz najmłodszego ze śpiewaków, szczupłego bruneta o żywych piwnych oczach i wesołym uśmiechu.

— Zezwoli najmiłościwszy pan, to ją zaśpiewam.

Struny lutni zadźwięczały jakąś rubaszną, dziarską nutą, Łukaszek powiódł wzrokiem po dostojnych biesiadnikach, a zatrzymawszy spojrzenie na twarzy cesarza Karola, śpiewał:

Hej, miodu gąsior, wina dzban!

Kto wiele pije, wielki pan!

Nieboszczyk Noe mądry był,

Wody się lękał, wino pił.

Dwaj jego syny pili z nim,