— O... tam... takie długie, czarne...
— Cień od tego wysokiego krzyża; prawieś jak dziecko trzyletnie, co się strachów boi! No pójdź, nie ma czasu do stracenia. Pewno wszystkie bramy miejskie pozamykane.
— Już nam ani święty Boże nie pomoże; nie wpuszczą nas — westchnął Jasiek.
— Ee... gdzie tam, z muzyką, bębnami i chorągwiami na ratusz nas zawiodą — żartował Wawrzuś. — Toli wczoraj dopiero czytał ów pan list o Czarnym Rafale, a dziś naszą ciężką pracą przyłapaliśmy zbója.
— No, to drała do Nowej Bramy!
Pobiegli.
— Stukajmy oba na raz, prędzej nas usłyszą.
Załomotali kołatką. Strażnicy, przyzwyczajeni do tego rodzaju figlów pijackich, nie odpowiadali wcale, a chłopcy dobijali się natarczywie. Wreszcie pan Onufer otworzył pamiętne dla Wawrzusia okienko i krzyknął ze złością:
— Precz mi stąd, urwipołcie przejęte! Wracajcie pod wiechę525, kiedyście jeszcze nie dopili, a nam dajcie spokój!
— Pod nijaką wiechą nie byliśmy ani nie pójdziemy; gadaj do niego, Wawrzuś, może se przypomni.