— Nie spominałem ci?
— Jak żywo!
— Ano, to czekajże, zacznę od początku. Trzeciego marca to było, wszystko mi stoi przed oczyma, jakby się wczoraj działo. Trzeciego marca tedy, czyli nazajutrz po przyjeździe do Wilna, roztwieramy544 paki, wyjmujemy święte figury. Stanko z Jurkiem na wyrypy545 ołtarzową szafę zbijają, aż tu drzwi służba na rozcież otwiera i wnoszą królewica Kazimierza546. Srodze się radował Panienką Najświętszą i przecudnymi aniołami, aż pokraśniał na obliczu i ręce raz wraz w górę wznosił z podziwienia. Wszystko mu Stanko musiał tłumaczyć, jak będzie ustawione, a ja mu się podsuwam przed oczy z maluśkim aniołkiem, com go sam rzeźbił. Tak się też onym dzieciątkiem ucieszył, aż strach. Wraził rękę do kieszeni, podarował mi dwa czerwieńce na pamiątkę i pyta: „Cóż se kupisz za te pieniądze?” Anim się zająknął, ino krzyczę: żółte ciżemki! A on, choć niemal umierający, jeszcze się moją głupotą ozweselił547, śmiał się nawet. Kazał paziowi przynieść ze sypialni548 swoje własne, co mu były niewygodne, i mnie je podarował. Do tej pory nie miałem ich na nogach.
— Na wesele je chowasz czy co?
— Nie; na nabożeństwo u Panny Maryi w dzień poświęcenia naszego ołtarza. Ale gdy o to pytasz, było i wesele, a jakże.
— Czyje?
— Stanka Stwosza z Jadwisią, Macieja Stwosza jedynaczką.
— Zaprosili cię?
— Niech no by nie zaprosili! Drużbą mu byłem, pannę do ołtarza prowadziłem.
— Dworujesz sobie ze mnie? Taki chrobaczek549?