Nigdy w ciągu dziesięciu lat pracy u mistrza Wita nie rzeźbił Wawrzuś z takim zapałem, jak dziś końską głowę dla braciszka. Malec ukląkł na przyzbie, przytulił się do nieznajomego i patrzał mu przez ramię z gorączkowym przejęciem.

— O, jakie to uska... i grzywka... a chrapy ci rozwalił, pilno mu wyskakować572! Retyści, jaki to smyśny573 nożyk! Od carownika go macie?

— Podoba ci się konik? Czekaj, czekaj, jeszcze mi go nie wydzieraj... muszę skończyć porządnie.

W niecałą godzinę wierzchowiec był gotów. Uwiązano mu postronek do szyi i malec objechał podwórko. Zatrzymał się przed podróżnym, popatrzył nań rozjaśnionymi uciechą oczkami, objął nagle za szyję i zaczął całować.

Wawrzusia znowu niemoc ogarnęła... Ale w uszach śpiewały mu jakieś anielskie głosy: „Jesteś w domu, w domu... ojca masz i matusię, i braciszka, i siostry; skończyła się tęsknota, na całym bożym świecie nie ma szczęśliwszego od ciebie”.

Wziął chłopca na kolana, głaskał go po głowie i buzi, chciało mu się płakać, śmiać i znowu płakać.

— Widzisz, jakiś niedobry, jeszcześ mi nie powiedział, jak cię wołają.

— Jakże? Jędrek.

— Nie wiesz, rychło tatuś wróci?

— Zarozicki574; siano bez cały dzień przewracali, słońce się chowa, to i przydą575 wiecerzać. O... widzicie, jak raz576 na przełaj miedzą idą!